Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dom. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dom. Pokaż wszystkie posty

Adam jest, tylko Ewy brak

Eh... okropne zamieszanie z tymi początkami...

Od wieków spieramy się o to, jak to wszystko się zaczęło.
Co w końcu było pierwsze: jajko, kura, Adam, czy chaos?
Znam takich, którzy twierdzą, że chaos narodził się z żebra Adama, ale... co Oni wiedzą ;)

Niezależnie od tego jakie były nasze ziemskie początki, jedno jest pewne: Adaś istnieje!
I to największy czaruś w małym ciele, jakiego znam :)

Zobaczcie co wisi nad Jego łóżeczkiem.

Przypadki chodzą po... łąkach.

Nie wiem...serio!
Zupełnie nie wiem jak to się stało, że udało mi się wyhodować te trzy maki.
A właściwie wiem... tylko czy warto się przyznawać, że to był tylko przypadek?

Coś wycięłam.
Coś wydarłam.
Coś skróciłam.
Coś skleiłam.
I wyszedł... Najpierw jeden, potem drugi, zaraz trzeci...

A że idealnie skomponowały się z moim nowym papierem, nie mogłam ich wyrzucić.
Doceniłam ich niebywałą trwałość i niskie wymogi techniczne-postanowiłam okrasić nimi urodzinowy prezent.
Chociaż przy okazji chciałabym wspomnieć, że ostatnio przechodzę sama siebie i potrafię utrzymać przy życiu więcej niż tylko plastikowego kaktusa i zioła z Ikei. (Nie ukrywam, że w tym miejscu oczekuję od Was braw ;)).

I jak? Ujdzie w polu?


Motylem jestem...

"Jak motyle, jak motyle,
wzlećmy jeszcze choć na chwilę
w górę, aż pod niebo,
tam, gdzie czeka nas słońca blask!"


Heh... o ironio!
Kiedy skończyłam pakować ten prezent, zerknęłam na niego z ukosa i pomyślałam sobie: "No, Katarzyna... nie najgorsze te motylki wycięłaś..."
A teraz kiedy patrze na te zdjęcia, zaledwie sprzed kilkunastu dni, i porównuje te imitacje małych kolorowych stworzonek z tym co tworzy moje osobiste "hendmejdowe Ferrari" myślę: "Katarzyna, jaka Ty jesteś malućka..."

No, ale nic to... Zobaczcie historię motylkowej rodzinki ;)


Nowe początki :)

Wracam po długiej przerwie, choć odpoczynku od pracy na szczęście nie miałam wiele :)

Wiecie co to dla Was oznacza? Mniej więcej tyle, że teraz, w ramach nadrabiania zaległości, będę Was zasypywała zaległymi postami.
Ale chyba nie jesteście na mnie źli, prawda?

No to startujemy.
"Nowe początki" zaczynam od literek, które wiszą nad łóżeczkiem pewnej przeuroczej Królewny.
Delikatna, mleczna biel okraszona cukierkowymi różowo-niebieskimi groszkami idealnie wpisuje się w naturalne środowisko ptaszków, zamieszkujących królewską ścianę.
Co o tym sądzicie?



Pantone mówi- Kasia słucha!

Klient mówi- Kasia słucha!
Mama mówi- Kasia... nie słucha...
Nie no... słucha, słucha... tylko jak słyszy magiczne: "odkurz", to nagle traci słuch :)

Ale koniec tej prywaty.
Pewnie część z Was kojarzy system identyfikacji kolorów firmy Pantone. I to właśnie ona postanowiła pobawić się w trendsettera, ogłaszając rokrocznie "kolor roku".
Piękną, jesienną Marsalę zastąpiły aż dwie barwy. Kolorami roku 2016, zdaniem Pantone są urocze, lekkie i wiosenne: Rose Quartz i Serenity.
Sami przyznajcie, widząc je marzy się o ciepłych wieczorach, letnich sukienkach i odrobinie słońca. Szczególnie, kiedy tak jak dziś, za oknem widzi się jedynie kolor sinokoperkowej zieleni, skąpanej w chlapie koloru buroniewiadomym...


Pytacie pewnie, do czego zmierzam?
Sprawa jest prosta, jeden z królujących w tym roku odcieni zagościł na najnowszym chusteczniku :)
Panie i Panowie... Przedstawiam zupełnie nowy wzór, tadaaam:


Ramki... w ramach prezentu ;)

Historia powstania tych literek jest dość długa, ale powiem krótko: uratowały mi tyłek!
Miały być tylko dodatkiem, a stały się gwoździem programu. Gdyby nie one, "Pan Barbie" stałby się gwoździem... do mojej trumny.

No tak, trochę przesadzam, ale dacie wiarę, że poza plażową wersją Kena, nie udało mi się znaleźć żadnego hojniej ubranego kawalera, który sprawiłby, że lalki mojego Serduszka nie byłyby już takie samotne?
No okej, kaloryfer miał "jak trza", ale... jakby do tych hawajskich szortów dorzucili chociaż koszulę a'la Cejrowski, byłabym usatysfakcjonowana ;)

Ale "jakby Babcia miała wąsy..." i tak dalej...
Kena nie ma, są literki. No i jest moja nadzieja. Nadzieja na to, że spodobają się jubilatce i ozdobią Jej nowy-doroślejszy-pokój. :)


Ho Ho Ho!

Dzyń, dzyń, dzyń...

Słyszeliście wczoraj dźwięk dzwoneczków?
To dobrze, bo to oznacza, że chyba byliście grzeczni ;)

Ale nie to jest najważniejsze.

Kochani, z okazji Bożego Narodzenia,
życzę Wam pięknych świąt
i dużo uśmiechu na te parę dni i cały nadchodzący 2016 rok.
Ściskam mocno
:)




stroik by Mama ;)

Gdzie są groszki?!

Ci z Was, którzy moją Perełkę odwiedzają nie po raz pierwszy, zapewne zauważyli, że wszystkie dotychczasowe chusteczniki ozdobione były niezliczoną ilością kropeczek.
Fakt- ten wzór chyba podoba Wam się najbardziej, ale w przypadku najnowszego zamówienia, kiedy usłyszałam:
"(...)A to ostatnie, to nie wiem... nie mam pomysłu, jakie bym chciała..." szybko zatarłam ręce, postanowiłam skorzystać z okazji i zrobić coś innego :)

Niestety okazało się, że istnieje coś takiego, jak "groszkowa klątwa" i nie udało mi się przed nią uciec.
Nawet pierwszy robiony przeze mnie chustecznik, który zdawałoby się powinien przysporzyć mi najwięcej trudności, nie spłatał mi tylu figli, jak ten ostatni... 4 razy pomalowałam i 4 razy ścierałam do czystego drewna.
I właśnie wtedy, kiedy już miałam się poddać i odłożyć pudełko na kolejne kilka dni, przyszedł mi do głowy pewien pomysł.

Przyznaję, każde kolejne zmaganie z papierem ściernym i każde kolejne usłyszane: "Jeszcze nie skończyłaś?" doprowadzało mnie do granicy rękodzielniczej cierpliwości, ale nowy pomysł tchnął we mnie nową dawkę chęci i czym prędzej chciałam ujrzeć efekt końcowy.
Sami rozumienie... Nie było już mowy o odłożeniu pudełka na bok...

No, ale co ja tu będę gadać, sami zobaczcie, co wyszło z tej nierównej walki ;)


Przepiśnik wypuszczony w świat...

Dorosły przedstawiciel grupy retro-przepiśników opuścił po miesiącu matczyne gniazdo. Próbuje odnaleźć się w nowym środowisku. W okresie jesienno-zimowym aklimatyzację w kuchennym otoczeniu ułatwiają długie wieczory, spędzane przy gotowaniu przez przywódcę stada. Z obserwacji wynika, że gatunek ten doskonale odnalazł się w nowej sytuacji i poradzi sobie w nowych dla siebie warunkach życia.

Czytała Krystyna Czubówna



Takie MMS'y to ja lubię!

Zobaczcie jak prezentuje się świeżo odebrany przez Panią Grażynę przepiśnik, w Jej uroczej kuchni :)





P.S. Te zdjęcia są dla mnie chyba największmy dowodem zadowolenia, dziękuję!

Chmurkowo, ale nie pochmurnie

Pamiętacie jeszcze ten słodki ulepek na patyku, za którym ustawialiśmy się w dzieciństwie w dłuuugich kolejkach?

Tak, macie rację, mówię o niczym innym, jak o... wacie cukrowej.
Kiedy byłam jeszcze małym bąblem (byłam, serio!) myślałam, że to złapane na patyk kolorowe chmurki.
Obraz czarodzieja, w białym foliowym kaszkiecie z daszkiem, który wyczarowywał chmurki z tej magicznej maszyny, mam przed oczami do dziś.

Hmmm... zupełnie, jakby to było wczoraj (a nie było- nie da się ukryć).

Tak czy inaczej, po pierwszym zderzeniu z tiulowymi pomponami nastał czas na starcie nr 2. Zobaczcie co z tego wyszło :) A to jeszcze nie koniec!

1 z 10

Są i one!
Wydaje Wam się, że to zbyt wcześnie na świąteczne prezenty? Nic bardziej mylnego.

Bądźmy realistami- dział logistyczny w firmie Świętego Mikołaja nigdy nie śpi. W końcu dostarczenie prezentów całemu światu w jeden dzień jest nie lada wyzwaniem, to też wymaga mozolnych przygotowań, na dłuuugo przed Świętami.

Powiem Wam... fajnie po raz kolejny być świątecznym elfem i pomagać temu poczciwemu brodaczowi :)

Ale dosyć mojego biadolenia, bo sami wiecie... mogłabym tak godzinami, a przecież nie o to tutaj chodzi...

Dzyń dzyń dzyń... Dzwonią dzwonki sań!

Hm... można powiedzieć, że w tegorocznym wyścigu do świąt wyprzedziłam nawet ciężarówkę Coca-Coli :)
Pierwsze zamówienie na bożonarodzeniowe upominki dla najbliższych dostałam już... w maju!

Zawsze wydawało mi się, że to ja bardzo wcześnie zaczynam obmyślać prezentowo-świąteczne szaleństwo, ale tym razem Pani Grażyna wyprzedziła mnie bez pardonu. A żeby było ciekawiej, bardzo mnie to cieszy :)

Wiecie przecież ile frajdy daje mi każde zamówienie, a to, w połączeniu z możliwością stworzenia dla kogoś prezentu, tworzy dla mnie istny eliksir szczęścia- serio.
Wprawdzie trudno zrobić tyle przepiśników "od tak", ale z doświadczenia wiem, że byłabym w stanie zarwać trochę nocek i uwinąć się z tym raz-dwa. Na szczęście (ku własnemu zdziwieniu) tym razem staram się dawkować sobie tę radochę i powoooli, powoooli, kroczek po kroczku robię każdy ze spersonalizowanych notesów po kolei.

Zobaczcie, jak prezentuje się przedsmak kuchennego szaleństwa, które zawładnęło moją głową :)


Ja też chcę!

Wprawdzie temat domowego chustecznika przewijał się od baaaardzo dawna, ale jakoś się nie składało...
A to oglądana baza była wyszczerbiona, a to miała dziwny kształt, a to miała jakąś skazę...
No generalnie nie było nam po drodze ;)

Ale do czasu... aż w naszym domu pojawił się cudzy chustecznik. Nie musiałam długo czekać, żeby usłyszeć:
"Zrób w końcu ten nasz"

No i cóż mi pozostało... Zrobiłam.
Zobaczcie co mi z tego wyszło :)


A wsadzę Babę do kuchni! Niech siedzi...

... i gotuje mi szczawiową.
Aaaaaa, bo ja Wam chyba nie mówiłam... Paula- moja "frendziówa od serducha", gotuje najlepszy krupnik i szczawiową na świecie! (Mamo, wybacz...)

Niestety, restauracja "U Pauli" już jakiś czas temu zmieniła lokalizację i nawet opcja "na dowóz" bywa czasem kłopotliwa :(
Ale taki łasuch jak ja nie poddaje się nigdy. "Rzeki przepłynęłam, góry pokonałam..." Aż w końcu dotarłam.
No dobra, przesadzam. Podróż odbyła się bez najmniejszego kłopotu, ale blisko nie było... Ale było warto jechać :) Zupka pyszna, a i zobaczyć tego Pyskola było bardzo miło...

No i przy tej okazji dostarczyłam zamówiony dawno temu przepiśnik.
Mam nadzieję, że nowa właścicielka jest zadowolona z prezentu, a Wam jak się podoba?


Ciągle pada!

Asfalt ulic jest dziś śliski jak brzuch ryby...

Wiem- przesadzam. Po fali upałów, te parę kropli jeszcze nie jest tragedią, ale ja nie dam się zwieść przebijającemu zza chmur słońcu... Wiem, że ten delikatny deszczyk zwiastuje nieuchronne nadejście szaro-burej (dla optymistów- złotej) jesieni. A jak jesień to zzZzZziiimno, deszczowo i chorowicie...

A czego nam potrzeba w dni, kiedy wyglądamy "jakoś tak niewyraźnie"?
Rutinoscorbinu? Być może, ale "jakby co", ja nic na ten temat nie mówiłam! W przeciwnym razie będę musiała każdy post rozpoczynać zastrzeżeniem, by przed przeczytaniem konsultować się z lekarzem lub farmaceutą.

Dlatego lepiej skupmy się na domowych sposobach.
Kiedy za oknem szaro, ponuro i deszczowo, a nas z nóg zwaliła choroba, dobrze otoczyć się ciepłym i wygodnym ramieniem własnego Połówka (tudzież Połówki- według własnych upodobań) i milusim kocykiem. Taki zestaw należy koniecznie okrasić kubkiem, ewentualnie wiadrem, pysznej herbatki (zgodnie z zasadą "jak ktoś zrobi, to lepiej smakuje", winien ją zrobić Polówek/Połówka) i wciągającą książką.
Ale warto pamiętać o czymś jeszcze... kiedy już tak leżymy pod tym kocykiem, w ciepłym, miłym towarzystwie i jesteśmy takie smarkate i pociągające musimy mieć pod ręką chusteczki. Ale nie byle jakie chusteczki... nie, nie nie.
Chusteczki w ozdobnym pudełku mają dodatkową moc!
Z tego samego założenia wyszła najprawdopodobniej nowa właścicielka tegoż ozdobnego opakowania. Wobec powyższego nie pozostaje mi nic innego, jak powiedzieć: droga Zamawiająca, niech moc będzie z Tobą, a nowy nabytek cieszy Twoje oko, bez konieczności częstego korzystania z jego zawartości ;)