Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Choinka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Choinka. Pokaż wszystkie posty

Przypadki chodzą po... łąkach.

Nie wiem...serio!
Zupełnie nie wiem jak to się stało, że udało mi się wyhodować te trzy maki.
A właściwie wiem... tylko czy warto się przyznawać, że to był tylko przypadek?

Coś wycięłam.
Coś wydarłam.
Coś skróciłam.
Coś skleiłam.
I wyszedł... Najpierw jeden, potem drugi, zaraz trzeci...

A że idealnie skomponowały się z moim nowym papierem, nie mogłam ich wyrzucić.
Doceniłam ich niebywałą trwałość i niskie wymogi techniczne-postanowiłam okrasić nimi urodzinowy prezent.
Chociaż przy okazji chciałabym wspomnieć, że ostatnio przechodzę sama siebie i potrafię utrzymać przy życiu więcej niż tylko plastikowego kaktusa i zioła z Ikei. (Nie ukrywam, że w tym miejscu oczekuję od Was braw ;)).

I jak? Ujdzie w polu?


Motylem jestem...

"Jak motyle, jak motyle,
wzlećmy jeszcze choć na chwilę
w górę, aż pod niebo,
tam, gdzie czeka nas słońca blask!"


Heh... o ironio!
Kiedy skończyłam pakować ten prezent, zerknęłam na niego z ukosa i pomyślałam sobie: "No, Katarzyna... nie najgorsze te motylki wycięłaś..."
A teraz kiedy patrze na te zdjęcia, zaledwie sprzed kilkunastu dni, i porównuje te imitacje małych kolorowych stworzonek z tym co tworzy moje osobiste "hendmejdowe Ferrari" myślę: "Katarzyna, jaka Ty jesteś malućka..."

No, ale nic to... Zobaczcie historię motylkowej rodzinki ;)


Ho Ho Ho!

Dzyń, dzyń, dzyń...

Słyszeliście wczoraj dźwięk dzwoneczków?
To dobrze, bo to oznacza, że chyba byliście grzeczni ;)

Ale nie to jest najważniejsze.

Kochani, z okazji Bożego Narodzenia,
życzę Wam pięknych świąt
i dużo uśmiechu na te parę dni i cały nadchodzący 2016 rok.
Ściskam mocno
:)




stroik by Mama ;)

Święta pachną piernikiem...

Czy Wy też, tak jak ja, macie w swoich serduchach specjalną szufladkę poświęconą zapachom?

I nie... nie mówię tu o perfumach, choć i parę z nich jest tam ukrytych.
Mam na myśli zapachy, które natychmiast przywołują nam na myśl pewne wspomnienia. Niech pierwszy rzuci szyszką ten, komu zapach świerku, pomarańczy, albo korzennych pierniczków, nie kojarzy się z Bożym Narodzeniem ;)

Sami widzicie... Tak jest i już!

Ale zapach to nie wszystko, mamy przecież jeszcze inne zmysły. Zostawiłam więc na moment węch i postanowiłam nacieszyć oczy (no i dotyk, bo przecież wszystko robiłam "o! Tymi ręcami") ;) i tak oto, powstały one... pierniczki z masy solnej* i ich śnieżne kuzynki.

Zapytacie pewnie po co?
No cóż... początkowo myślałam o nich, jako o ozdobach na choinkę, ale... "Houston mamy problem". Niestety na mojej choince nie mieszczą się już nawet te ozdoby, które nagromadziliśmy dotychczas, a co dopiero mówić o kolejnych...
Na szczęście w przyrodzie nic nie ginie i szybko znalazłam dla nich nowe zastosowanie- przydadzą mi się przy pakowaniu prezentów :)




*Produkt kolekcjonerski, nie nadaje się do spożycia.

Święty Mikołaj się pospieszył i...

... u mnie już był :D
No okej... nie był to Mikołaj, tylko Mateusz, na dodatek nie święty, ale za to z anielską cierpliwością (do mnie ;) ), a to prawie to samo, prawda?
Zresztą zrobił mi lepszy prezent, niż zdołałoby zrobić stu świętych Mikołajów.

Ale dosyć o mnie, dziś coś dla innych:
Życzę wszystkim by te Święta, choć nie białe, pełne były magii i bajkowej atmosfery, a na cały przyszły rok spełnienia marzeń i wiele uśmiechu :)

A na dokładkę moja choinka w wersji night&day ;) i zrobiony przez Mamę stroik, tadaaam ;)


Jestem pakerem ;)

Pakuję prezenty.
Wczorajszy wieczór spędziłam w morzu papierów, wstążeczek i innych kolorowych drobiazgów. Jednym zdaniem: byłam w swoim żywiole :)
No, ale przecież prezenty nie mogły leżeć takie nieoprawione, a choinka taka samotna. Aaaaa... bo ja się Wam jeszcze nie chwaliłam- mam choinkę :D
Ale pokażę ją następnym razem, póki co kolejna dawka inspiracji dla niezdecydowanych świątecznych elfów ;)






Wszyscy mają Mambę, mam i ja! (post nie zawiera lokowania produktu) ;)

Wiem, wiem, wiem... Boże Narodzenie to nie czas Mamby, tylko Magicznych Gwiazdek Milky Way :D (post jednak zawiera lokowanie produktu).

Ale 23:34 to nie pora na rozpisywanie się o słodkościach. Wprawdzie jestem łasuchem, ale jeśli założyć, że "od jutra przechodzę na dietę", to nie zostało mi już dużo czasu na wcinanie słodkości ;)
No... i tak oto, jak zwykle zaczynam masą dygresji, a miało być o... aniołkach.

Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze udawało mi się ukryć posiadanie siwych włosów, kupiłam foremkę do gipsowych odlewów. Wydawał mi się to wówczas prosty i przede wszystkim szybki sposób na zrobienie fajnych ozdób choinkowych. Heh... ale jedyne "szybko" w całej tej aniołkowej historii mieści się w zdaniu: "szybko się przekonałam, że to wymaga czasu".
Na całe szczęście jest przy tym trochę zabawy, a i efekty okazywały sie być całkiem zadowalające. Tak właściwie, to nie "całkiem zadowalające", a na tyle zadowalające, że aniołki znikały, jak świeże bułeczki (i to z całą pewnością dlatego aniołki robią się ciepłe, kiedy gips się związuje-teoria (nie)małego chemika :P ). Proces znikania był na tyle szybki, że w efekcie po sześciu latach posiadania foremki, na mojej choince wisi zawrotna ilość:
0 gipsowych aniołków.

Jestem skłonna stwierdzić, że w przyszłym roku moja Mama ogłosi strajk (co najmniej) głodowy, jeśli nie pozwolę wreszcie zmienić choinkowych ozdób. Dawniej zmieniałyśmy je każdego roku, nooo... ewentualnie co drugie święta. Ale nic nie poradzę, że obecną wersję uwielbiam i za nic na świecie (chyba, że za fabrykę Mlecznych Gwiazdek) nie pozwolę jej zmienić. Ha! Taka jestem asertywna ;)
Jednak żeby nieco ułaskawić mamine serce, zabrałam się wreszcie za robienie aniołków na naszą choinkę. Oczywiście pierwsza partia już rozdana, ale druga i trzecia dosycha, by zawisnąć na moim świątecznym drzewku.
Już nie mogę się doczekać! (wiem, nazwisko zobowiązuje).

A teraz zobaczcie, jak wyglądały aniołki na ubiegłorocznej choince Pauli oraz do czego jeszcze można wykorzystać te urocze uskrzydlone postaci.




"Słitaśnie", czy na "królową zimy"? Czyli słów kilka o tym, jak zapakować świąteczny prezent.

Zaczęło się :)
Niemal wszystkie prezenty już kupione...tzn. tfu...Zamówione u Świętego Mikołaja. Powoli można zacząć pomóc Mu w opakowaniu tych wszystkich podarunków.
Nie wyrzekam się gotowych torebek, ale uwielbiam ten moment, kiedy dostaje się prezent, w napięciu rozrywa papier, szuka szybkiego sposobu, by otworzyć pudełko i ujrzeć wreszcie tę "niespodziewajkę".

Poza tym... jest w tym trochę egoizmu z mojej strony- czerpię podwójną radość z dawania prezentów :) Uwielbiam je opakowywać.
Swego czasu ponad wszystko ubóstwiałam zwykły, szary papier pakowy. Nawet nie wiecie ile daje możliwości! Jest super uniwersalny i fajnie współgra z wieloma kolorami i strukturami. Przede mną jeszcze kilka prezentów do zapakowania, więc zapewne wykorzystam dobrze znane mi patenty sprzed lat.
Poza tym... jestem zbieraczem! Tak, to niestety prawda. Zbieram wszelkie fajne kokardki, sznury, papiery, koraliki, skrawki filcu, kwiatki, listki... Tak naprawdę wszystko co "może się przydać". Wprawdzie zajmuje to trochę miejsca, ale najczęściej ratuje mnie w ekstremalnych sytuacjach, kiedy nie mam konkretnego planu i szukam "inspiracji".

A jak było w tym przypadku?
Dostałam dwie książki i rulon fioletowego połyskującego papieru, z pytaniem: "Zapakujesz?".
Ba! Też mi pytanie... pewnie, że zapakuję ;) Wprawdzie poza prezentami i papierem miałam... nie miałam nic, ale w ostateczności szybkie przeszukanie "podręcznego kartonu" podsunęło mi pewien pomysł. Prosty-to fakt, ale sądząc po reakcji Martyny, okazał się chyba mocno zadowalający. :)
Drugi prezent w stylu "królowej zimy", to już moje zamówienie u brzuchatego staruszka z siwą brodą. Nie zdradzę, co jest w środku, bo pudełko trafi do właścicielki dopiero w niedzielę, ale możecie za to zobaczyć jak prezentuje się jego "stylizacja". ;)
Póki co nic nie zapowiada, by tegoroczne święta miały być "białe", stąd mała namiastka bajkowych śnieżynek na opakowaniu.





Bomb(k)owy prezent?

Oby!
Prawdę mówiąc, odkąd skończyłam 10 lat i przestałam dostrzegać urok w robionych przez siebie laurkach, chyba zaprzestałam obdarowywać najbliższych własnoręcznie robionymi prezentami. Owszem, pojawiały się wyjątki, ale przecież bez nich nie ma reguły. Tak jest i w tym przypadku.

Jednak nie o prezentach dziś.
Jakiś czas temu trafiłam w Internecie na zdjęcia cudownych, koronkowych bombek ... No ok, przyznaję- skradły moje serce. Zainspirowały mnie do zrobienia własnych- nie takich samych, ale przecież o to właśnie chodzi, by się różniły :)
Korzystając z tego, że sklepowy sezon świąteczny rozpoczął się już 1 listopada, ja rozpoczęłam wielkie poszukiwania szklanych, oszronionych bombek. Z pozoru był to najłatwiejszy etap całej tej koronkowej roboty.
Z pozoru...
Dla tych, dla których świat się zawalił, gdy dowiedzieli się, że święty Mikołaj nie istnieje, mam kolejną złą wiadomość: sklepy nie są już zasypane pudełkami z delikatnymi szklanymi bombkami, we wszystkich kolorach świata. Ciężko jest znaleźć średniej wielkości bombkę, bez zdobień, niewykonaną z plastiku...
Rozumiecie?! Koniec tłuczenia bombek przy ubieraniu choinki, koniec konkursów na "najwytrwalszą", które moja kuzynka uskuteczniała w dzieciństwie z pasją maniaka... KONIEC...
Brakuje jeszcze tego, żeby ktoś wymyślił nieplączące się lampki, a do tego takie, które nie robią świątecznych psikusów. Bo chyba nie tylko w moim domu lampki przed założeniem na choinkę działają, a tuż po, tracą tę magiczną moc? ;)
Dobra, koniec tych smętów, wracamy do poszukiwań. Ostatecznie znalazłam oszronione bombki w wersji nie do zniszczenia- optymistycznie (co by nie powiedzieć, że naiwnie) uznam to za wartość dodaną produktu. Potem poszło już niemal z górki- biała konturówka i... Halo, "Houston, mamy problem!"- biały, półmatowy brokat, bez efektu opalizacji. Kiedy prosiłam o to w sklepach różnej maści, patrzono na mnie, jak na przybysza zza światów. Ale udało się! Znalazłam ten bajecznie skrzący się pyłek, który miał oddać na bombce efekt pięknego, białego śniegu.
Wprawdzie owe damy, pełne krągłości, ubrane jedynie w koronki, nie były wdzięcznymi modelkami (dobra, powiedzmy sobie prawdę- fotograf był do bani) i nie chciały pokazać się w pełnej krasie, ale... Zobaczcie sami.


Po metamorfozie

I przed metamorfozą

Podaj cegłę, podaj cegłę...

"...zbudujemy nowy dom"

Ceegieł nie ma, za to była Alicja bez dachu nad głową. A że jesienna aura nas nie rozpieszcza, nie wypadało bidulki zostawiać samej, na pastwę losu.
A tak na poważnie (powiało grozą), literkowa Ala będzie zapewne prezentem dla jakiejś małej księżniczki. A prezenty, jak wiadomo, wymagają stosownej oprawy. Stąd dla groszkowej małej damy, mała groszkowa sukienka w pomarańczowo-ceglastym kolorze ;)


"Takie coś"

No chyba nie chcecie zapytać: "Takie coś- czyli co?" ?!
Przecież każdy wie, że takie coś, służy do takiego czegoś i leży zazwyczaj tam obok tego...
"A gdzie jest tam i koło jakiego tego leży?"
Ehh...
No przecież mówię, że tam, a to znaczy że tam, a koło tego, czyli no... koło tego no... tego takiego!

Za takie właśnie (nie)jasności kocham nasz ojczysty język.

"A niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają."

I niech jakiś obcokrajowiec śmie narzekać na deklinację, na "ś" i na "ć", albo na idiomy...
Zaproście go wtedy do prawdziwego polskiego domu, na prawdziwy polski bigos i najprawdziwsze polskie ruskie pierogi. Kiedy to pan domu szuka symbolu swej władzy i pyta "gdzie to jest?". Niech odważy się zapytać: "Ale co?" i niech usłyszy: "Takie coś". Wtedy dopiero zrozumie, w jak łatwy i uniwersalny sposób, może porozumieć się z każdym szanującym się Polakiem.
Wystarczy bowiem (a wręcz należy) ominąć lekcję nr 1, gdzie uczy się (teoretycznie) pierwszego sztandarowego słowa z polskiego słownika* i wyćwiczyć sprawne posługiwanie się pełnym magii określeniem "takie coś" :)

Tak więc, skoro popisałam się już językoznawstwem, poniżej efekty zamówienia o wymownej treści:
"Zrób takie coś, na zdjęcie, takie wiesz... no Ty wiesz jakie... Ja to zdjęcie włożę w takie coś, ale chcę, żeby było zapakowane w coś, bo to na prezent. A i jeszcze jakąś prostą kartkę do tego."





*Dla mniej zorientowanych dodam słowami klasyka, iż chodzi mi o określenie opisujące (w swej bogatej gamie znaczeniowej) m.in. "kobietę, która prowadzi się lekko niczym BMW"

Bo liczą się drobiazgi!

Kupno drobnego upominku to nie problem. Problem pojawia się, gdy chcemy coś malusieńkiego zapakować tak, by wywołało ogromniasty uśmiech :)
Stwierdzam więc, że rozmiar jednak ma znaczenie...
Ale w myśl zasady "kto da radę, jak nie ja?!", postanowiłam podjąć się wyzwania i rozpoczęłam tę nierówną walkę.
Pudełeczka oferowane w sklepach jubilerskich może i są eleganckie i ładnie prezentuje się w nich biżuteria, ale nic nie zastąpi własnoręcznie wykonanego opakowania. A już tym bardziej nic nie da tyle radochy, co robienie tegoż opakowania.

Oceńcie sami, czy tę walkę skończyłam z tarczą, czy na tarczy ;)


Mam trzy latka, trzy i pół...

Chciałoby się powiedzieć: "ahhh... kiedy to było"
Większość z nas już zapewne dawno pożegnała się z Wróżką Zębuszką, puściła w zapomnienie przedszkolną marchewkę z groszkiem, a ukochane lalki i kolorowe samochody trzyma w kartonie na dnie szafy. Na szczęście zamiast z żalem zaglądać we własną metrykę, możemy choć na chwilę powrócić do piaskownicy za sprawą pojawiających się w rodzinie Bąbelków. ;)
We mnie (nie)stety dziecko budzi się nie tylko wtedy, kiedy mam okazję pobawić się z takim Maluszkiem, ale też (a może przede wszystkim), kiedy wchodzę do sklepu z zabawkami. Pozornie proste i krótkie zakupy przeistaczają się w podróż do przeszłości. Masa wspomnień i... nawet nie wiadomo, kiedy mija godzinka (ewentualnie dwie) ;)
Mogę nawet przyznać, że wyjście do sklepu zabawkowego jest wyjątkiem dla reguły, wedle której nie znoszę zakupów. Robię je z ogromną przyjemnością i z radością korzystam z każdej okazji, kiedy mogę bezkarnie poszaleć w dziecięcym raju. Idealną okazją są np. urodzinki. Zostałam ostatnio zaproszona na poważne, trzecie urodzinki małego gentelman'a i choć nie bardzo miałam okazję poszaleć przy wyborze prezentu (btw. wiecie, że zabawki można kupić w sklepie z osprzętem rolniczym? :O ), to zabawę nadrobiłam przy pakowaniu.
Znalezienie odpowiedniego papieru nie było proste, chcąc kupić coś pozbawionego bajkowych motywów, ale przy tym uroczego i niedziewczęcego... Na szczeście przy niewielkich kompromisach udało się, a przynajmniej taką mam nadzieję. Oceńcie sami :)




I całuśne słodkości <3

Córeczka Tatusia? Ależ skąąąąd ;)

Choć są tacy, dla których polski Dzień Ojca wypadł w kalendarzu przedwczoraj, ja jednak hołduję tradycji dziś. :)
Jeszcze całkiem niedawno maluchy misternie wyklejały laurki dla swych Mam, powtarzając w pamięci wyuczone na tę okazje wierszyki, a starsi oblegali kwiaciarnie i pakowali prezenty. Jednak czas leci nieubłaganie (szczególnie ten mile spędzony), i tak oto od tamtego święta minął już niespełna miesiąc. Kwiatki zwiędły, czekoladki zostały zjedzone (ale nie poszły w bioderka, co to to nie!), inne upominki służą już obdarowanym Mamom, ale prezentowy rytuał powraca. Jednak tym razem ze specjalną dedykacją dla Tatusiów.
Należę wprawdzie do tych ludzi, dla których dawanie prezentów jest ogromną frajdą. Jednak problem pojawia się, kiedy ten prezent trzeba wybrać...
Tego typu dylematy jednak sobie odpuśćmy, bo dziś na tapecie nie prezent sam w sobie, a jego opakowanie.
Uwielbiam! Ba... to mało powiedziane! Kocham pakować prezenty. Nie dla mnie gotowe torebki, choć zdarza mi się awaryjnie z nich korzystać, zresztą przyznaję- bywają fajną bazą pod ciekawe opakowanie. Tak, czy inaczej, lubię, kiedy prezent wygląda, jak... prezent (ot, taka ciekawa refleksja na dziś ;) )
I choć nie mam skłonności do ogólnego chomikowania, to jestem w stanie przetrzymać każde pudełko, każdą wstążkę, kwiatek, koralik, kawałek filcu, czy czegoś zupełnie niepozornego, co z całą pewnością przyda mi się do zapakowania prezentu. Na dodatek już kupując prezent zastanawiam się gorączkowo, jak go zapakować...
Do niedawna byłam miłośniczką papieru pakowego, może i niepozorny, ale... daje radę ;) Jednak przyznaję, zdradziłam go ostatnio na rzecz groszkowych papierów, które kompletnie skradły moje serce. W taki właśnie papier był zapakowany prezent na Dzień Mamy. Dokumentacji fotograficznej nie ma, bo... bo zapomniałam... Każdemu się może zdarzyć, ale nic straconego, bo pewnie jeszcze kiedyś wykorzystam ten pomysł do opakowania innych upominków :)
Wracając jednak do głównych bohaterów dzisiejszego dnia-groszki odpadają. "Słodkie" opakowania, jeśli nie nadają się do zjedzenia odpadają w przypadku męskich prezentów, dlatego dziś zdecydowałam się na minimalistyczny srebrny papier z... nutką kobiecego uroku ;)


"Winny" kuzyn odnaleziony!

Już jakiś czas temu wspominałam tutaj o brakującym członku exploding'owej rodzinki. Jak obiecałam, tak zrobiłam- po powrocie do Wrocławia poważnie sobie porozmawiałam z kuzynem Pudełkiem i... powiedzmy, że udało nam dojść do porozumienia.
Dla własnego dobra, nad jakością zdjęcia nie będę się rozwodzić, ale tak tutaj od teraz będzie.
Dlatego skupmy się lepiej na wnętrzu. A wnętrze tegoż oto pudełka było, co by nie mówić... oprocentowane ;) I to pewnie dlatego nieletni kuzyn chował się przed fotografem- może bał się przyznać, że kiedyś chował wino?

Ale dobrze, Lany Poniedziałek powoli dobiega końca, więc starczy tego lania wody na dziś :)