Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fartuszek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fartuszek. Pokaż wszystkie posty

Przepiśnik wypuszczony w świat...

Dorosły przedstawiciel grupy retro-przepiśników opuścił po miesiącu matczyne gniazdo. Próbuje odnaleźć się w nowym środowisku. W okresie jesienno-zimowym aklimatyzację w kuchennym otoczeniu ułatwiają długie wieczory, spędzane przy gotowaniu przez przywódcę stada. Z obserwacji wynika, że gatunek ten doskonale odnalazł się w nowej sytuacji i poradzi sobie w nowych dla siebie warunkach życia.

Czytała Krystyna Czubówna



Takie MMS'y to ja lubię!

Zobaczcie jak prezentuje się świeżo odebrany przez Panią Grażynę przepiśnik, w Jej uroczej kuchni :)





P.S. Te zdjęcia są dla mnie chyba największmy dowodem zadowolenia, dziękuję!

1 z 10

Są i one!
Wydaje Wam się, że to zbyt wcześnie na świąteczne prezenty? Nic bardziej mylnego.

Bądźmy realistami- dział logistyczny w firmie Świętego Mikołaja nigdy nie śpi. W końcu dostarczenie prezentów całemu światu w jeden dzień jest nie lada wyzwaniem, to też wymaga mozolnych przygotowań, na dłuuugo przed Świętami.

Powiem Wam... fajnie po raz kolejny być świątecznym elfem i pomagać temu poczciwemu brodaczowi :)

Ale dosyć mojego biadolenia, bo sami wiecie... mogłabym tak godzinami, a przecież nie o to tutaj chodzi...

Dzyń dzyń dzyń... Dzwonią dzwonki sań!

Hm... można powiedzieć, że w tegorocznym wyścigu do świąt wyprzedziłam nawet ciężarówkę Coca-Coli :)
Pierwsze zamówienie na bożonarodzeniowe upominki dla najbliższych dostałam już... w maju!

Zawsze wydawało mi się, że to ja bardzo wcześnie zaczynam obmyślać prezentowo-świąteczne szaleństwo, ale tym razem Pani Grażyna wyprzedziła mnie bez pardonu. A żeby było ciekawiej, bardzo mnie to cieszy :)

Wiecie przecież ile frajdy daje mi każde zamówienie, a to, w połączeniu z możliwością stworzenia dla kogoś prezentu, tworzy dla mnie istny eliksir szczęścia- serio.
Wprawdzie trudno zrobić tyle przepiśników "od tak", ale z doświadczenia wiem, że byłabym w stanie zarwać trochę nocek i uwinąć się z tym raz-dwa. Na szczęście (ku własnemu zdziwieniu) tym razem staram się dawkować sobie tę radochę i powoooli, powoooli, kroczek po kroczku robię każdy ze spersonalizowanych notesów po kolei.

Zobaczcie, jak prezentuje się przedsmak kuchennego szaleństwa, które zawładnęło moją głową :)


A wsadzę Babę do kuchni! Niech siedzi...

... i gotuje mi szczawiową.
Aaaaaa, bo ja Wam chyba nie mówiłam... Paula- moja "frendziówa od serducha", gotuje najlepszy krupnik i szczawiową na świecie! (Mamo, wybacz...)

Niestety, restauracja "U Pauli" już jakiś czas temu zmieniła lokalizację i nawet opcja "na dowóz" bywa czasem kłopotliwa :(
Ale taki łasuch jak ja nie poddaje się nigdy. "Rzeki przepłynęłam, góry pokonałam..." Aż w końcu dotarłam.
No dobra, przesadzam. Podróż odbyła się bez najmniejszego kłopotu, ale blisko nie było... Ale było warto jechać :) Zupka pyszna, a i zobaczyć tego Pyskola było bardzo miło...

No i przy tej okazji dostarczyłam zamówiony dawno temu przepiśnik.
Mam nadzieję, że nowa właścicielka jest zadowolona z prezentu, a Wam jak się podoba?


Kopciuszek wraca do kuchni, a w rękach ma ręcznie robiony przepiśnik.

Wystawny bal maskowy i dekorowanie pokoju Księżniczki mam już za sobą.
Jak na kopciuszka przystało, schodzę na ziemię i z bajki trafiam prosto do kuchni. A to wszystko za sprawą drugiego segregatorowego przepiśnika. Poprzedni-w kolorze ognistej czerwieni, ustąpił miejsca temu- w typowych kolorach retro.
Poza ciepłymi odcieniami beżu i brązu są też groszki i kokardki, czyli wszystko to, co Kasia lubi najbardziej.

Pamiętacie, kiedy pokazywałam Wam ten temperamentny segregator? Pisałam wtedy, że zyskałam 1kg doświadczenia do zrobienia kolejnego egzemplarza i... zaowocowało :)
Retro-przepiśnik, z wyjątkiem znalezienia retro-segregatora
*(retro-segregator- pojęcie wywodzące się ze słownika kasiowego, powstałe w 2014 roku, oznaczające segregator pozbawiony kosmicznych otworów, szpecących wierzchnią okładkę segregatora),
nie przysporzył żadnych problemów. Wręcz przeciwnie- wiele frajdy.

Tak więc podsumowanie:
1kg radości ze zrobienia drugiego obiecanego segregatora (ciekawe czy nowa właścicielka podziela mój entuzjazm ;) )
0 nowych siwych włosów
1 segregatorowy przepiśnik

Ale co tu dużo gadać, patrzcie sami:






Zakręcony ten Mikołaj!

No mówię Wam... Coś Mu się chyba pomieszało...
Zamiast przynosić mi prezenty, to On przychodzi je odebrać.
Czy jeśli zapomniał, to znaczy, że nie zasłużyłam, czy że jestem już za stara?
Chyba wolę sobię nie odpowiadać na to pytanie ;) Zamiast tego ja- mały elfik (dobra, poszalałam z tym "mały") robię i robię, a potem guzik z tego wychodzi. Chociaż nie... teraz to bombki z tego wychodzą :)

Ale zanim bomb(k)owe efekty malowniczych eksperymentów, pokażę po co przyszedł :)
Świątecznej serii przepiśników ciąg dalszy :)




Para-buch! Koła- w ruch!

"Najpierw - powoli - jak żółw – ociężale,
Ruszyła - maszyna - po szynach - ospale,
Szarpnęła wagony i ciągnie z mozołem,
I kręci się, kręci się koło za kołem,
I biegu przyspiesza, i gna coraz prędzej,
I dudni, i stuka, łomoce i pędzi,
A dokąd? A dokąd? A dokąd? Na wprost!"


A dokąd? Byle do celu!
A celem w tym przypadku było skończenie czterech przepiśników, "na wczoraj" rzecz jasna.
Było ospale, bo przeszkód co niemiara, ale przeszkody są po to by je pokonywać. A kiedy już udało się je przezwyciężyć, kasina manufaktura ruszyła pełną parą.
Praca na cały etat- 8 godzin z nosem w kartkach i ołówkiem wsuniętym za ucho. A to wszystko po to, by w sobotę mikołajowy elf odebrał zamówione prezenty.

Oto jeden z nich:




A ja wiem! A ja wiem! Ale nie powiem ;)

Kojarzycie tego starszego brodacza z czerwonym nosem, siwą brodą i duuużym brzuchem?
Nie! Nie Heńka, spod sklepu osiedlowego, tylko Świętego Mikołaja :)

Bywa u mnie ostatnio, to znaczy nie on... tylko Jego elfy. Pomagają Mu spełnić wszystkie świąteczne marzenia i roznoszą listy z życzeniami. A tak się składa, że na paru listach znalazły się w tym roku kasiowe przepiśniki. Huuura! Naprawdę, to dla mnie ogromna radość i najlepszy dowód na to, że jest na ziemi parę istotek, którym to się podoba. No chyba, że jesteście podstępnymi elfami i zamawiacie prezenty, które mają się nie spodobać obdarowanym? ;>
Nieee... Nie podejrzewam Was o to :)

Ale do rzeczy. Właśnie skończyłam pierwszy przepiśnik.
Tak, pierwszy. Nie... nie, że "pierwszy spośród gwiazdkowych zamówień". Pierwszy spośród wszystkich zamówień ;)
To od niego zaczęła się cała seria przepiśnikowych wyzwań, ale na tym się nie skończy. W najbliższym czasie czekają mnie jeszcze 4 zeszyty i 1 segregator oraz... pakowanie prezentów. Kocham to! :D
Jaki tym razem? Świąteczny przepiśnik, w świątecznych kolorach. Chociaż mnie, kiedy na niego patrzę, przypominaja się słoneczne, ciepłe Włochy... ahhh...


Misja pod kryptonimem "segregacja"

Spokojnie, nie będę dziś znowu EKO, nie zamierzam wmawiać Wam, jak ważne jest segregowanie odpadów (chociaż podobno jest). ;)

Bohater dzisiejszego wpisu też nie jest odkryciem roku.
Reasumując: wieje nudą.

Ale powiem Wam, że chyba jednak zacznę tę nudę lubić.(żartowałam ;) )
Taki ten segregatorek był szarutki, taki niepozorny. Ale jednak prawda wyszła na jaw: cicha woda brzegi rwie. A i ja w chwilach stresowych (wtedy nie nazwałabym tego tak delikatnie), miałam ochotę porwać ten segregator w strzępy. Napsuł mi niemalże tyle samo nerwów, co ta mała szara myszka, która postanowiła sobie kiedyś zamieszkać z nami i wyjadać z szafek moje zapasy czekolady. O, a czekolady przy robieniu tego przepiśnika potrzebowałam jak powietrza.
Na szczęście ja- ostoja spokoju-(zaraz, zaraz, czy słyszę jakiś chichot? ;> ) wzięłam go na przetrzymanie i pokonałam wszystkie kłody, które rzucał mi pod nogi :)

Podsumowując:
1kg doświadczeń do zrobienia drugiego obiecanego segregatora
0 ofiar w ludziach
3 nowe siwe włosy
1 segregatorowy przepiśnik



Do X razy sztuka!

Po wczorajszych niepowodzeniach z muffinkowym przepiśnikiem, nie dałam za wygraną.
To nie może tak być, że coś mi nie wychodzi, co to to nie!

Przynaję, ten upór męczy czasem nawet mnie samą... Ale co zrobić, kiedy oczyma wyobraźni widzę efekt, a nie mogę go urzeczywistnić?
Mnie, dziecku dwóch zodiakalnych baranów, wręcz nie wypada machnąć ręką i odpuścić w przedbiegach... Upór mam we krwi :D


Tak więc jest i on, słodziutki przepiśnik, który szuka swojego łasucha :)




Miała być babka, wyszedł zakalec...

A już chciałam zrobić inny przepiśnik!
Trzy muffinki "wypieczone", ale żadna nie miała tego czegoś... W końcu czwarta zapachniała słodko i apetycznie, ale i tak na stół... tfu! na przepiśnik nie trafiła...
Dlatego stary-nowy, poczciwy fartuszek w kolejnej odsłonie, tym razem XXL :)


Przepiśnik #2
Wersja poprawiona

Pierwszy przepisnik sprawił mi podwójną radość.
Pierwszy raz, kiedy go robiłam, a drugi, kiedy spotkał się z tak dużym zainteresowaniem :)

Jedna z próśb o zrobienie brzmiała:"Chcę taki sam!", no ale niestety- nic z tego.
Taki sam nie jest, jest podobny, w nieco poprawionej i wzbogaconej formie :)

tadaaam



Jestem słoikiem.

Wyznanie godne kozetki u psychoterapeuty ;)
Choć prawdę mówiąc, podobno prawdziwe słoiki wywodzą się jedynie ze stolicy (a właściwie do niej przybywają).
Tak więc kim ja jestem? Wrocławskim krasnalem?!
O nieee! Co to, to nie! Ja się nie zgadzam. Nie i kropka.
Wiele można o mnie powiedzieć, ale krasnal jest określeniem najdalszym z najdalszych ;)


Jednak, co by nie mówić, słoikowy sezon mnie nie ominął. Powiem więcej, z całą pewnością zapowiada się, że jeszcze powróci, a to wszystko za sprawą grzybobrania...
Ale nie myślcie sobie, że narzekam. Nic z tych rzeczy. W kuchni czuje się, jak ryba w wodzie (taaaak, wiem, widać ;)).
Przepisy podebrane znajomym noszę już wszędzie: w portfelu, w kalendarzu, w notesach, a nawet we wszelakich możliwych zakamarkach telefonu.
I dlatego właśnie nastał najwyższy czas do stworzenia własnego przepiśnika. Ostatecznego kopa do rozpoczęcia działania dała mi moja przyjaciółka. I tak oto jest i on, z "koronkową" kieszonką na karteczki w środku i setką stron czekających na smakowite przepisy.



Kuchenne rewolucje

Pamiętacie jeszcze te panie ze szkolnych stołówek w stylonowych fartuszkach? W tej branży rządziły chyba dwa główne kolory: czerwień i granat z nieodłączną białą lamówką i groszkami, służącymi za element dekoracyjny.
Pewnie czujecie teraz ten zapach, który unosił się na całym piętrze i nasilał się z każdym kolejnym krokiem poczynionym w stronę jadalni? Domyślam się, że część z Was wspomina z sentymentem ciepłe racuchy, a inni krzywią się na wspomnienie zup mlecznych. Ale nie ja ;) I to nie dlatego, że mam słabą pamięć, co to to nie! (Przynajmniej w ten marny sposób się pocieszam) Po prostu nigdy nie jadłam niczego na szkolnej stołówce, więc wolałabym nie oceniać książki po okładce. Chooociaż... podobno je się też oczami... Ale nie! Nie o tym miałam ;)

Niewątpliwie pichcenie na antenie jest kolejnym wiodącym trendem w mediach, zaraz po śpiewaniu i tańczeniu. Aaaaa jak wiadomo... na szklanych ekranie trzeba wyglądać nienagannie, nawet wtedy kiedy główna bohaterka naszego ulubionego serialu budzi się po ciężkiej imprezie (w pełnym makijażu rzecz jasna) i stylowo, nawet kiedy "kulinarny ekspert" trze ziemniaki na placki. Chociaż hmmm... w telewizji zwykłe "placki ziemniaczane" nie mają racji bytu, więc inaczej: nawet kiedy znamienity kucharz przygotowuje ziemniaki na "lekko rumiane, podsmażane placuszki z ziemniaków o aromacie młodej cebulki ze szczyptą białego pieprzu". Czy to zabrzmiało wystarczająco nadęcie, tzn. ekhm... profesjonalnie? ;)
Ale ja jak zwykle nie o tym... Zauważyliście, że w każdym kulinarnym programie jedną z głównych ról grają fartuchy? Przysłowiowe "kury domowe" zyskują tytuł profesjonalisty w ułamek sekundy, zakładając biały, schludny fartuch, a zmęczone życiem bohaterki seriali dostają natychmiastowego natchnienia i chęci do gotowania, kiedy tylko przewiążą w pasie szarfę jakiegoś kolorowego, nowoczesnego fartuszka imitującego sukienkę. Czy to nie magiczne? Kawałek materiału działa lepiej niż zaczarowany ołówek i magiczna różdżka razem wzięte.
Kuchnia nigdy nie była dla mnie miejscem obcym, podobnie jest z moją Przyjaciółką (to jedna z niewielu cech, w których się nie różnimy :D ). I to pewnie dlatego fartuszkowe szaleństwo nas nie ominęło. Chociaż przyznaję, dużym zdziwieniem skwitowałam przedświąteczne życzenie Pauli, kiedy ściskając w IKEI fartuszek zażyczyła go sobie pod choinką, zastrzegając przy tym, że się nie obrazi (bo co by nie mówić, nie jest to najlepszy pomysł na prezent, a przynajmniej ostatni jaki przyszedłby mi do głowy). Życzenie stało się dla mnie niemal rozkazem i szybko w mojej głowie zrodził się szatański plan, no bo przecież skoro już ma to być prezent, to nie może być zwykły, masowo szyty fartuszek. To musi być fartuszek idealny!
Widziałam go w głowie z każdym nawet najdrobniejszym detalem, jednak co zrobić, żeby urzeczywistnić to wyobrażenie, skoro nijak nie mogę się dogadać z maszyną do szycia? No wiem... prawdą jest, że nigdy nawet do niej nie zagadałam, żeby nawiązać nić porozumienia, ale czasu na naukę krawiectwa miałam niewiele, a przypominam, że fartuszek miał być i-de-al-ny...
Rozwiązanie jest proste, telefon do Mamy! "Cześć Mamo, wymyśliłam taki cudowny fartuszek kuchenny, uszyjemy, no nie?!" Tak, ta liczba mnoga nie była przypadkowa :D Mama od razu wiedziała co się święci i, że ze mną łatwo nie będzie, aaaale... miesiąc wiercenia dziury w brzuchu i zachwycania się własnym wyobrażeniem fartuszka (jestem skromna, ale się z tym kryję ;) )i Mama dała się przekonać. Pominę szczegóły dotyczące poszukiwania materiału, który dorównałby moim wyobrażeniom, ale dla nakreślenia trudu dodam, że nie był to ostatecznie prezent gwiazdkowy, a urodzinowy, dzięki czemu zyskałam 1,5 miesięczną przewagę nad sklepami z tkaninami.
Tak więc po rozlicznych objaśnieniach, tłumaczeniach, koślawych rycinach w moim wykonaniu i obrazowaniu wyobrażeń w każdy możliwy sposób oraz... stukrotnym powtórzeniu "bo ja go widzę, ja wiem, jak on ma wyglądać" (tak, zgadliście, moja Mama ma niespożyte pokłady cierpliwości dla mnie), oto efekt końcowy:






Ale, jako, że to prezent, to wymagał też stosownej oprawy. Oto i ona:





To jak Paula, oddajesz fartucha? ;)