No chciałam coś "innego", chciałam...
Chciałam, żeby były "jak żywe", no chciałam...
Ale wiecie- "chcieć" nie zawsze znaczy "móc".
Chociaż z drugiej strony, mówi się, że dla chcącego nic trudnego...
Dlatego zawzięłam się i za trzecim podejściem ukręciłam coś tulipanopodobnego, co chociaż troszkę spełniło moje oczekiwania.
Ale, ale... tu nie kwiatek jest gwiazdą, a zozolkowy, wystrzałowy lizak, który skrył się w jego wnętrzu. Widzicie?
Okeeeeej, okej. Już się nie złośćcie, nie będę Wam dłużej robiła "smaka na lizaka".
Zanim przejdziemy do zdjęć, powiem Wam w sekrecie, że mój brak pełnego zadowolenia z tegoż oto fioletowego stworka, nadrobiło zdziwienie kelnerki, która w restauracji na widok bukietu chciała przynieść wazon... żeby kwiatki nie zwiędły ;)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dla dziewczynki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dla dziewczynki. Pokaż wszystkie posty
Zozolowe tulipany, jak żywe... Czyli historia cukierkowego bukietu w nowej odsłonie.
Etykiety:
Bukiet,
Chrzest,
Cukierkowy bukiet,
Dla dziewczynki,
Dziecko,
Hand made,
Handmade,
Kartka,
Kwiatki,
Prezent prosto z serca,
Ręcznie robione,
Ślub,
Urodziny,
Wedding,
Wesele,
Z najlepszymi życzeniami
❅ Bukiet dla Elsy ❅
U Was też piekarnik za oknem jest rozkręcony na najwyższą temperaturę?
Ehhh... Nawet mój naturalny termostat zaczyna fiksować- mam ciepłe ręce! Dacie wiarę?
To nieprawda, że ja zimą narzekałam na zimno. Nigdy. Przenigdy. Co to to nie.
A nawet jeśli coś kiedyś wspomniałam, to na pewno wymsknęło mi się przez przypadek. ;)
W taki upał zapewne każdy z nas marzy o orzeźwieniu.
Temperatury za oknem to pewnie nie obniży, ale polecam lodowe cukierki... oczywiście w niebanalnym wydaniu- bukietu.
Nie wiem czy Elsa byłaby z niego zadowolona, ale wiem, że mała "komunistka", dla której był robiony uległa jego niebieskiemu urokowi. ;)
Ehhh... Nawet mój naturalny termostat zaczyna fiksować- mam ciepłe ręce! Dacie wiarę?
To nieprawda, że ja zimą narzekałam na zimno. Nigdy. Przenigdy. Co to to nie.
A nawet jeśli coś kiedyś wspomniałam, to na pewno wymsknęło mi się przez przypadek. ;)
W taki upał zapewne każdy z nas marzy o orzeźwieniu.
Temperatury za oknem to pewnie nie obniży, ale polecam lodowe cukierki... oczywiście w niebanalnym wydaniu- bukietu.
Nie wiem czy Elsa byłaby z niego zadowolona, ale wiem, że mała "komunistka", dla której był robiony uległa jego niebieskiemu urokowi. ;)
Etykiety:
Bukiet,
Chrzest,
Cukierkowy bukiet,
Dla dziewczynki,
Dziecko,
Hand made,
Handmade,
Kartka,
Kwiatki,
Prezent prosto z serca,
Ręcznie robione,
Ślub,
Urodziny,
Wedding,
Wesele,
Z najlepszymi życzeniami
Stuknęła mi setka!
Wiem co chcecie powiedzieć- dobrze się trzymam, jak na ten wiek ;)
Eh Wy żartownisie...
Przecież ja nie o metryce mówię, a o liczbie postów!
Nie wiem kiedy napisałam te poprzednie 99 parahistoryjek i jakimi zdjęciami Was zasypywałam, ale jedno wiem na pewno- nie przestanę ;)
Z powodu tego małego jubileuszu chyba należą się mojej Czarnej Perełce jakieś "kwiatki", jak myślicie?
Nooo... niech ma! W końcu można uznać, że jest już dorosła...
Eh Wy żartownisie...
Przecież ja nie o metryce mówię, a o liczbie postów!
Nie wiem kiedy napisałam te poprzednie 99 parahistoryjek i jakimi zdjęciami Was zasypywałam, ale jedno wiem na pewno- nie przestanę ;)
Z powodu tego małego jubileuszu chyba należą się mojej Czarnej Perełce jakieś "kwiatki", jak myślicie?
Nooo... niech ma! W końcu można uznać, że jest już dorosła...
Etykiety:
Bukiet,
Chrzest,
Cukierkowy bukiet,
Dla dziewczynki,
Dziecko,
Hand made,
Handmade,
Kartka,
Kwiatki,
Prezent prosto z serca,
Ręcznie robione,
Ślub,
Urodziny,
Wedding,
Wesele,
Z najlepszymi życzeniami
Nudzi-mi-sie
W ubiegłym tygodniu miałam okazję bawić się z pewnym przeuroczym Jegomościem czymś... ciastolinopodobnym.
Nie wiem co to było, ale wiem jedno- zabawa była przednia!
Nie dość, że mogłam trochę poszaleć, to i wspomnienia wróciły, bo przecież ta cała moja rękodzielnicza przygoda zaczęła się od... zabawy z modeliną.
Nie wiem co to było, ale wiem jedno- zabawa była przednia!
Nie dość, że mogłam trochę poszaleć, to i wspomnienia wróciły, bo przecież ta cała moja rękodzielnicza przygoda zaczęła się od... zabawy z modeliną.
Etykiety:
Akcesoria,
Biżuteria,
Bransoletki,
By olśniewać,
Dla dziewczynki,
Dziecko,
Hand made,
Handmade,
Kolczyki,
Kolia,
Modelina,
Naszyjnik,
Prezent,
Ręcznie robione
Powoli do przodu...
No cóż... przeprowadzki bywają męczące, ale chyba czasem warto się przemęczyć, by w trakcie pakowania sterty kartonów odkryć kilka "skarbów" :)
W moim przypadku odkryciem była masa koralików, rzemieni, tasiemek i wiele innych rzeczy, z których przy odrobinie cierpliwości można stworzyć "coś".
No tak- coś, ale co?
Długo się nad tym zastanawiałam, aż do wczoraj, kiedy w trakcie rozmowy przypomniałam sobie o... kolczykomani. Później, kiedy już połączyłam te fakty, poszło błyskawicznie (no... prawie błyskawicznie) i oto jest- świeżutka "para' sutaszowych kolczyków.
W moim przypadku odkryciem była masa koralików, rzemieni, tasiemek i wiele innych rzeczy, z których przy odrobinie cierpliwości można stworzyć "coś".
No tak- coś, ale co?
Długo się nad tym zastanawiałam, aż do wczoraj, kiedy w trakcie rozmowy przypomniałam sobie o... kolczykomani. Później, kiedy już połączyłam te fakty, poszło błyskawicznie (no... prawie błyskawicznie) i oto jest- świeżutka "para' sutaszowych kolczyków.
Etykiety:
Akcesoria,
Biżuteria,
Bransoletki,
By olśniewać,
Dla dziewczynki,
Dziecko,
Hand made,
Handmade,
Kolczyki,
Kolia,
Modelina,
Naszyjnik,
Prezent,
Ręcznie robione
Kokardkowy zawrót głowy
Czasami najprostsze z pozoru zadania, okazują się być najtrudniejszymi. Tak było właśnie w tym przypadku....
Zostałam poproszona przez Mamę pewnej malutkiej, uroczej damy o zrobienie kilku czerwonych kokardek.
Stare ludowe wierzenia nakazują przypinanie czerwonych symboli w otoczeniu dziecka, które mają za zadanie odstraszyć złe uroki, ja jednak podchodzę do sprawy nieco inaczej- czerwone kokardki mają uroku dodawać. Niestety, o ile związanie kokardki nie sprawia mi problemu od paru(nastu) lat, o tyle zrobienie kilku różnych, a przy tym ładnych kokardek, okazało się być prawdziwym wyzwaniem. Szczególnie, kiedy zorientowałam się, że moje wrocławskie zaplecze nie posiada czerwonej nitki...
Na szczęście odgoniłam wszystkie złe uroki i zrobiłam "cuś", jednak czy udało mi się wypełnić 110% normy i sprawić, by owe "cuś", czyło czyms ładnym, oceńcie sami. :)
Zostałam poproszona przez Mamę pewnej malutkiej, uroczej damy o zrobienie kilku czerwonych kokardek.
Stare ludowe wierzenia nakazują przypinanie czerwonych symboli w otoczeniu dziecka, które mają za zadanie odstraszyć złe uroki, ja jednak podchodzę do sprawy nieco inaczej- czerwone kokardki mają uroku dodawać. Niestety, o ile związanie kokardki nie sprawia mi problemu od paru(nastu) lat, o tyle zrobienie kilku różnych, a przy tym ładnych kokardek, okazało się być prawdziwym wyzwaniem. Szczególnie, kiedy zorientowałam się, że moje wrocławskie zaplecze nie posiada czerwonej nitki...
Na szczęście odgoniłam wszystkie złe uroki i zrobiłam "cuś", jednak czy udało mi się wypełnić 110% normy i sprawić, by owe "cuś", czyło czyms ładnym, oceńcie sami. :)
Etykiety:
Baby boom,
Chłopca,
Chrzest,
Dla dziewczynki,
Dodatki,
Dziecka,
Dziecko,
Groszki,
Hand made,
Handmade,
Pokój dziecka,
Pokój dziewczynki,
Ręcznie robione
Taka ze mnie Baba Jaga!
No co?
Skoro Baba Jaga zbudowała domek z piernika, to czemu ja nie mogę zrobić bukietu z cukierków?
Co więcej, obiecuję, nie chce nikogo zjeść. Zamiary miałam zgoła inne, niż poczciwa Baba Jaga.
W podzięce oczekiwałam jedynie szczerego usmiechu i tyle właśnie dostałam :)
I drugi egzemplarz, robiony na zamówienie:
Skoro Baba Jaga zbudowała domek z piernika, to czemu ja nie mogę zrobić bukietu z cukierków?
Co więcej, obiecuję, nie chce nikogo zjeść. Zamiary miałam zgoła inne, niż poczciwa Baba Jaga.
W podzięce oczekiwałam jedynie szczerego usmiechu i tyle właśnie dostałam :)
I drugi egzemplarz, robiony na zamówienie:
Etykiety:
Bukiet,
Chrzest,
Cukierkowy bukiet,
Dla dziewczynki,
Dziecko,
Hand made,
Handmade,
Kartka,
Kwiatki,
Prezent prosto z serca,
Ręcznie robione,
Ślub,
Urodziny,
Wedding,
Wesele,
Z najlepszymi życzeniami
Ale pamiętaj, żeby mi przypomnieć!
Czy tylko ja czasami, po wyjściu z domu, borykam się z poczuciem, że o czymś zapomniałam?
Jadę wtedy windą i sprawdzam czy telefony są na miejscu, czy portfel błąka się w torbie, zastanawiam się, czy zamknęłam drzwi...
Wszystko mam, a to dziwne przeczucie nadal mnie męczy. I właśnie wtedy, kiedy chwytam za klamkę drukarni (nie wcześniej, ani nie później) przypominam sobie, że zapomniałam pendriva z plikami do wydruku...
Na szczęście takie sytuacje nie zdarzają mi się często, ale chyba tylko dzięki temu, że nauczyłam się dobrej organizacji. Zapisuję sobie wszystko póki pamiętam, a potem tylko zerkam w zapiski i stosuję się do nich. Moje telefony są wprawdzie zawalone notatkami, ale dzięki temu nie tracę zbyt dużo czasu na wracanie po to, czego zapomniałam. A jak wiadomo:
kto nie ma w głowie, ten ma w nogach.
Co więcej, często muszę pamiętać nie tylko za siebie, ale i za innych. Niemal każdy wyjazd mojej Przyjaciółki poprzedzony jest listą próśb z serii: "Przypomnij mi godzinę przed wyjazdem, żebym..." ;)
A to już naprawdę wyższy stopień trudności.
Choć muszę się przyznać, że... jestem niekwestionowanym mistrzem zapisywania przypomnień w telefonie... Czasem robię to w takim pośpiechu, że zapisuję wydarzenie w możliwie najbardziej skrótowej formie. Problem w tym, że w momencie, kiedy telefon dzwoni, przypominając mi o czymś, co zapewne wcześniej uważałam za bardzo istotne, zamiast stosować się do instrukcji, kwadrans staram się rozszyfrować stworzony przez siebie skrót myślowy. (Ttego typu umiejętność powinnam chyba wpisać sobie do CV, posadę w tajnych służbach powinnam mieć zagwarantowaną ;) )
No, ale ja tak o telefonach i o telefonach... A przecież są też bardziej tradycyjne formy przypominajek: nieodłączny kalendarz, który zawsze mamy przy sobie i tablice korkowe.
Ale co zrobić, by tradycję nieco unowocześnić?
Przepis na tablicę inną niz zwykle,jest prosty: trochę pianki lub styropianu, kawałek materiału i stara firanka. No a oto efekt:
Jadę wtedy windą i sprawdzam czy telefony są na miejscu, czy portfel błąka się w torbie, zastanawiam się, czy zamknęłam drzwi...
Wszystko mam, a to dziwne przeczucie nadal mnie męczy. I właśnie wtedy, kiedy chwytam za klamkę drukarni (nie wcześniej, ani nie później) przypominam sobie, że zapomniałam pendriva z plikami do wydruku...
Na szczęście takie sytuacje nie zdarzają mi się często, ale chyba tylko dzięki temu, że nauczyłam się dobrej organizacji. Zapisuję sobie wszystko póki pamiętam, a potem tylko zerkam w zapiski i stosuję się do nich. Moje telefony są wprawdzie zawalone notatkami, ale dzięki temu nie tracę zbyt dużo czasu na wracanie po to, czego zapomniałam. A jak wiadomo:
kto nie ma w głowie, ten ma w nogach.
Co więcej, często muszę pamiętać nie tylko za siebie, ale i za innych. Niemal każdy wyjazd mojej Przyjaciółki poprzedzony jest listą próśb z serii: "Przypomnij mi godzinę przed wyjazdem, żebym..." ;)
A to już naprawdę wyższy stopień trudności.
Choć muszę się przyznać, że... jestem niekwestionowanym mistrzem zapisywania przypomnień w telefonie... Czasem robię to w takim pośpiechu, że zapisuję wydarzenie w możliwie najbardziej skrótowej formie. Problem w tym, że w momencie, kiedy telefon dzwoni, przypominając mi o czymś, co zapewne wcześniej uważałam za bardzo istotne, zamiast stosować się do instrukcji, kwadrans staram się rozszyfrować stworzony przez siebie skrót myślowy. (Ttego typu umiejętność powinnam chyba wpisać sobie do CV, posadę w tajnych służbach powinnam mieć zagwarantowaną ;) )
No, ale ja tak o telefonach i o telefonach... A przecież są też bardziej tradycyjne formy przypominajek: nieodłączny kalendarz, który zawsze mamy przy sobie i tablice korkowe.
Ale co zrobić, by tradycję nieco unowocześnić?
Przepis na tablicę inną niz zwykle,jest prosty: trochę pianki lub styropianu, kawałek materiału i stara firanka. No a oto efekt:
Etykiety:
Akcesoria,
Dla dziewczynki,
Dom,
Dziecko,
Hand made,
Handmade,
Pokój dziecka,
Pokój dziewczynki,
Ręcznie robione,
Szycie,
Tablica korkowa,
W domowych pieleszach
Rama musi być!
Spokojnie, spokojnie... Ten post nie zawiera lokowania produktu, a przynajmniej nie tego masłopodobnego.
Nie zamierzam też zabawiać się w Iwonę Pavlovic i wystawiać not za trzymanie ramy w tańcach towarzyskich. Choć podobno wraca era "Tańca z Gwiazdami"*, więc może byłoby to bardzo na czasie...
Tak czy inaczej, dzisiaj słów kilka o nowych papierowych "składanko-wycinankach".
Kojarzycie na pewno jeden z ciekawszych polskich filmów (nie, to nie jest błąd w "druku") w reżyserii Juliusza Machulskiego "Vinci"*. A pamiętacie ten fragment, kiedy w jednej ze scen bohaterowie "zainspirowani" pracą znamienitego malarza wspominają, że:
"Da Vinci gruntował ten obraz z ramą"?
Wprawdzie ta sama rama stała się paręnaście scen później dużą przeszkodą dla głównych bohaterów, ale dzięki temu ciekawie wpłynęła na akcję filmu, a o to z całą pewnością chodziło. I tak oto jedna, zdawałoby się nic nieznacząca rama, w rękach Leonarda da Vinci dopełniła całości dzieła, będą swoistą "kropką nad i", a dzięki reżyserowi zyskała drugie życie i wpłynęła na wartkość akcji, stając się choć na chwilę główną bohaterką.
Zgoda, niecodziennie możemy podziwiać dzieła na skalę "Damy z łasiczką". Ale bądźmy szczerzy, dla większości z nas cenniejsze są klimatyczne zdjęcia, uwieczniające piękne chwile nasze i naszych bliskich. I to właśnie nad nimi potrafimy dumać i godzinami wspominać minione czasy. Dlaczego więc klasycznie wywołane fotografie, albo ich cyfrowe odpowiedniki zapisane na płytach CD, mają się piętrzyć w szarych kartonach na dnie szafy, skoro i one zasługują na coś bardziej indywidualnego i dopełniającego charakter tych pięknych chwil?
Nie wiem, dlatego poniżej parę kolorowych alternatyw, dla tych bezimiennych kartonów z dna szafy.
*Post zawierał lokowanie produktu. (A jednak)
Nie zamierzam też zabawiać się w Iwonę Pavlovic i wystawiać not za trzymanie ramy w tańcach towarzyskich. Choć podobno wraca era "Tańca z Gwiazdami"*, więc może byłoby to bardzo na czasie...
Tak czy inaczej, dzisiaj słów kilka o nowych papierowych "składanko-wycinankach".
Kojarzycie na pewno jeden z ciekawszych polskich filmów (nie, to nie jest błąd w "druku") w reżyserii Juliusza Machulskiego "Vinci"*. A pamiętacie ten fragment, kiedy w jednej ze scen bohaterowie "zainspirowani" pracą znamienitego malarza wspominają, że:
"Da Vinci gruntował ten obraz z ramą"?
Wprawdzie ta sama rama stała się paręnaście scen później dużą przeszkodą dla głównych bohaterów, ale dzięki temu ciekawie wpłynęła na akcję filmu, a o to z całą pewnością chodziło. I tak oto jedna, zdawałoby się nic nieznacząca rama, w rękach Leonarda da Vinci dopełniła całości dzieła, będą swoistą "kropką nad i", a dzięki reżyserowi zyskała drugie życie i wpłynęła na wartkość akcji, stając się choć na chwilę główną bohaterką.
Zgoda, niecodziennie możemy podziwiać dzieła na skalę "Damy z łasiczką". Ale bądźmy szczerzy, dla większości z nas cenniejsze są klimatyczne zdjęcia, uwieczniające piękne chwile nasze i naszych bliskich. I to właśnie nad nimi potrafimy dumać i godzinami wspominać minione czasy. Dlaczego więc klasycznie wywołane fotografie, albo ich cyfrowe odpowiedniki zapisane na płytach CD, mają się piętrzyć w szarych kartonach na dnie szafy, skoro i one zasługują na coś bardziej indywidualnego i dopełniającego charakter tych pięknych chwil?
Nie wiem, dlatego poniżej parę kolorowych alternatyw, dla tych bezimiennych kartonów z dna szafy.
*Post zawierał lokowanie produktu. (A jednak)
Etykiety:
Akcesoria,
Autorski,
Dla dziewczynki,
Dziecko,
Fotografia,
Hand made,
Handmade,
Opakowanie,
Ozdoby,
Prezent,
Prezent prosto z serca,
prezentu,
Pudełko,
Ręcznie robione,
Sesja fotograficzna,
Ślub,
Wedding,
Wesele
Mania bransoletkowania!
Wiem... miało być o bransoletkach! I będzie, ale za chwilę. Najpierw postawię kropkę nad i w kwestii wire-wrappingu i tadaaaaam
Nie trzeba mi było dwa razy powtarzać. Wprawdzie już robiąc maski myślałam o zrobieniu pary kolczyków, ale tak się wkręciłam (ha! i to dosłownie...) w maskowanie, że zupełnie zapomniałam o tym. Dlatego naprawdę nie potrzebowałam większej motywacji niż krótkie: "Ej Ty! A może byś zrobiła takie kolczyki?!" Ba! Pewnie, że bym zrobiła. Co więcej... właśnie w tamtej chwili od razu zwlekłam się z łóżka, włączyłam lampkę nocną i chwyciłam za podręczny zestaw "drut+obcęgi", które już na dobre zagościły na mojej półce nieopodal łóżka. Prawdę mówiąc ten megakobiecy gadżet w postaci obcęgów na dobre zagościł też w mojej torebce ;) No, ale co? Przecież nigdy nie wiadomo, kiedy się przydadzą...
Ale dziś miało być o bransoletkach i tak właśnie będzie.
Nigdy nie byłam typową bransoleciarą. Uwielbiałam kolczyki, swego czasu nawet te, po których założeniu zginałam się wpół od ich ciężaru... Ale jako że pomimo tego, że uwielbiałam kiedy były wyraziste i zdobne, to starałam się zachowywać umiar i rezygnowałam z innej biżuterii. Heh, no ale nie jest nowością, że kobieta zmienną jest i właśnie dlatego teraz noszę jedynie maluteńkie sztyfty. Za to nadrabiam bransoletkami. W kwestii tych robionych przeze mnie zaczęło się w zeszłym roku od rzemykowych, potem przeszłam na te ze sznurka i... naprawdę polecam. Niby takie proste materiały, ale możliwości na łączenie różnych elementów jest tak mnóstwo, że chyba każdy znajdzie coś dla siebie ;) No i by tradycji stało się zadość, poniżej moje dotychczasowe bransoletki:





Nie trzeba mi było dwa razy powtarzać. Wprawdzie już robiąc maski myślałam o zrobieniu pary kolczyków, ale tak się wkręciłam (ha! i to dosłownie...) w maskowanie, że zupełnie zapomniałam o tym. Dlatego naprawdę nie potrzebowałam większej motywacji niż krótkie: "Ej Ty! A może byś zrobiła takie kolczyki?!" Ba! Pewnie, że bym zrobiła. Co więcej... właśnie w tamtej chwili od razu zwlekłam się z łóżka, włączyłam lampkę nocną i chwyciłam za podręczny zestaw "drut+obcęgi", które już na dobre zagościły na mojej półce nieopodal łóżka. Prawdę mówiąc ten megakobiecy gadżet w postaci obcęgów na dobre zagościł też w mojej torebce ;) No, ale co? Przecież nigdy nie wiadomo, kiedy się przydadzą...
Ale dziś miało być o bransoletkach i tak właśnie będzie.
Nigdy nie byłam typową bransoleciarą. Uwielbiałam kolczyki, swego czasu nawet te, po których założeniu zginałam się wpół od ich ciężaru... Ale jako że pomimo tego, że uwielbiałam kiedy były wyraziste i zdobne, to starałam się zachowywać umiar i rezygnowałam z innej biżuterii. Heh, no ale nie jest nowością, że kobieta zmienną jest i właśnie dlatego teraz noszę jedynie maluteńkie sztyfty. Za to nadrabiam bransoletkami. W kwestii tych robionych przeze mnie zaczęło się w zeszłym roku od rzemykowych, potem przeszłam na te ze sznurka i... naprawdę polecam. Niby takie proste materiały, ale możliwości na łączenie różnych elementów jest tak mnóstwo, że chyba każdy znajdzie coś dla siebie ;) No i by tradycji stało się zadość, poniżej moje dotychczasowe bransoletki:





Etykiety:
Akcesoria,
Biżuteria,
Bransoletki,
By olśniewać,
Charmsy,
Dla dziewczynki,
Dziecko,
Hand made,
Handmade,
Kolczyki,
Męska,
Ozdoby,
Prezent,
Ręcznie robione,
Rzemień,
Rzemykowa,
Wire Wrapping
Co było pierwsze?
O historii słów kilka:
Skąd w ogóle pomysł na to, żeby zająć się "robótkami ręcznymi" (tak! tak swojsko nazwany folder znalazłam właśnie na swoim pendrivie...)? Zawsze podpatrywałam Mamę, kiedy robiła cudowne świąteczne stroiki, układała kolorowe bukiety i wyklejała kolorowe szyldy reklamowe. Niestety moje małe koślawe paluszki nigdy nie potrafiły niczego, co choć w ułamku dorównywałoby dziełom Mamy. Zawsze próbowałam zrobić coś z niczego, efekty bywały różne, ale tak naprawdę biżuteryjnego bakcyla załapałam dopiero, kiedy na allegro zamówiłam paczkę z tysiącem bigli, a w sklepie papierniczym kupiłam modelinę :) Nad jedną parą kolczyków potrafiłam spędzić godzinę, co w porównaniu z kilkoma, a nawet kilkunastoma godzinami, jakie teraz pochłania mi zrobienie np. kołnierzyka, sutaszowych kolczyków, czy maski, zdaje się niczym.
Niestety niezagospodarowane materiały do robienia kolczyków, które wręcz krzyczały do mnie (nie, spokojnie, białych myszek jeszcze nie widzę ;) ), nijak zgrywały się z tym, że byłam wtedy w klasie maturalnej. Pech chciał, że już na początku roku szkolnego okazało się, że koślawość paluszków przeszła na koślawość nóżek i bach! Na równym chodniku jednym złym krokiem zafundowałam sobie gustowny, jakże modny w niektórych kręgach, biały gipsowy kozaczek. 6 tygodni siedzenia w domu spożytkowałam w sposób oczywisty. Kolczyki powstawały i rozchodziły się, jak świeże bułeczki (nawet niemal dosłownie, bo przecież utwardzałam je w piekarniku). Na początku sama w nich chodziłam, potem koleżanki prosiły mnie o zrobienie kolejnych egzemplarzy dla nich, a potem i koleżanki koleżanek... Wtedy uznałam, że to się chyba jednak podoba i warto nauczyć się czegoś więcej. Podpatrywałam, wymyślałam, kombinowałam jak zrobić, z czego zrobić itd. Od tamtego czasu co rusz zajmuję się czymś innym, a potem wracam do wcześniejszych technik. Łączę stare z nowym, nowe z nowszym i tak oto nigdy się nie nudzę. Ale żeby i Was nie zanudzić, poniżej dokumentacja reszteczki modelinowych prac


Skąd w ogóle pomysł na to, żeby zająć się "robótkami ręcznymi" (tak! tak swojsko nazwany folder znalazłam właśnie na swoim pendrivie...)? Zawsze podpatrywałam Mamę, kiedy robiła cudowne świąteczne stroiki, układała kolorowe bukiety i wyklejała kolorowe szyldy reklamowe. Niestety moje małe koślawe paluszki nigdy nie potrafiły niczego, co choć w ułamku dorównywałoby dziełom Mamy. Zawsze próbowałam zrobić coś z niczego, efekty bywały różne, ale tak naprawdę biżuteryjnego bakcyla załapałam dopiero, kiedy na allegro zamówiłam paczkę z tysiącem bigli, a w sklepie papierniczym kupiłam modelinę :) Nad jedną parą kolczyków potrafiłam spędzić godzinę, co w porównaniu z kilkoma, a nawet kilkunastoma godzinami, jakie teraz pochłania mi zrobienie np. kołnierzyka, sutaszowych kolczyków, czy maski, zdaje się niczym.
Niestety niezagospodarowane materiały do robienia kolczyków, które wręcz krzyczały do mnie (nie, spokojnie, białych myszek jeszcze nie widzę ;) ), nijak zgrywały się z tym, że byłam wtedy w klasie maturalnej. Pech chciał, że już na początku roku szkolnego okazało się, że koślawość paluszków przeszła na koślawość nóżek i bach! Na równym chodniku jednym złym krokiem zafundowałam sobie gustowny, jakże modny w niektórych kręgach, biały gipsowy kozaczek. 6 tygodni siedzenia w domu spożytkowałam w sposób oczywisty. Kolczyki powstawały i rozchodziły się, jak świeże bułeczki (nawet niemal dosłownie, bo przecież utwardzałam je w piekarniku). Na początku sama w nich chodziłam, potem koleżanki prosiły mnie o zrobienie kolejnych egzemplarzy dla nich, a potem i koleżanki koleżanek... Wtedy uznałam, że to się chyba jednak podoba i warto nauczyć się czegoś więcej. Podpatrywałam, wymyślałam, kombinowałam jak zrobić, z czego zrobić itd. Od tamtego czasu co rusz zajmuję się czymś innym, a potem wracam do wcześniejszych technik. Łączę stare z nowym, nowe z nowszym i tak oto nigdy się nie nudzę. Ale żeby i Was nie zanudzić, poniżej dokumentacja reszteczki modelinowych prac


Etykiety:
Akcesoria,
Biżuteria,
Bransoletki,
By olśniewać,
Dla dziewczynki,
Dziecko,
Hand made,
Handmade,
Kolczyki,
Kolia,
Modelina,
Naszyjnik,
Prezent,
Ręcznie robione
Lubię to!
Musisz sobie odpowiedzieć na jedno... ekhm... ważne, ale to bardzo ważne pytanie: "Co lubię w życiu robić najbardziej?". A potem zacznij to robić.
Mniej więcej taką mantrę wygłosiła jedna z bardziej kultowych kreacji polskiego kina- Laska z filmu "Chłopaki nie płaczą". I jak się z tym nie zgodzić? No jak? Ja nie umiem ;)
Powiedzmy, że potraktowałam te słowa, jako ostateczną motywację. Długo nosiłam się z zamiarem założenia bloga, ale zawsze kiedy byłam już o krok od zrealizowania planu wymyślałam milion powodów, dla których ten pomysł jest bez sensu. Nawet teraz, kiedy to piszę, mam całe mnóstwo wątpliwości, ale... zaczynam robić to, co lubię robić najbardziej ;)
A co konkretnie? Poza pisaniem lubię robić "coś z niczego" i właśnie tym będę się tutaj dzielić.
Dobra, dobra... koniec tego tłumaczenia się. Żeby nie zanudzać, poniżej mały przedsmak. Dziś tłusty czwartek, więc powinnam wrzucić piękne i rumiane pączuszki, ale pozostanę jednak przy równie słodziutkich (a moim zdaniem nawet smaczniejszych) muffinkach. Ot, taka wersja "light" ;)
Muszę się duuużo nauczyć, żeby moja współpraca z blogiem układała się pomyślnie ;)
Mniej więcej taką mantrę wygłosiła jedna z bardziej kultowych kreacji polskiego kina- Laska z filmu "Chłopaki nie płaczą". I jak się z tym nie zgodzić? No jak? Ja nie umiem ;)
Powiedzmy, że potraktowałam te słowa, jako ostateczną motywację. Długo nosiłam się z zamiarem założenia bloga, ale zawsze kiedy byłam już o krok od zrealizowania planu wymyślałam milion powodów, dla których ten pomysł jest bez sensu. Nawet teraz, kiedy to piszę, mam całe mnóstwo wątpliwości, ale... zaczynam robić to, co lubię robić najbardziej ;)
A co konkretnie? Poza pisaniem lubię robić "coś z niczego" i właśnie tym będę się tutaj dzielić.
Dobra, dobra... koniec tego tłumaczenia się. Żeby nie zanudzać, poniżej mały przedsmak. Dziś tłusty czwartek, więc powinnam wrzucić piękne i rumiane pączuszki, ale pozostanę jednak przy równie słodziutkich (a moim zdaniem nawet smaczniejszych) muffinkach. Ot, taka wersja "light" ;)
Muszę się duuużo nauczyć, żeby moja współpraca z blogiem układała się pomyślnie ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)







.jpg)
.jpg)

.jpg)







