Nie od razu sutaszowy naszyjnik uszyto...
Małymi kroczkami, w przerwie od codziennych i niecodziennych obowiązków, przez 2 tygodnie zmagałam się ze zszywaniem elementów, by w końcu złączyć je w całość :)
Przy czarnej kolii zarzekałam się, że nigdy więcej, ale jednak jest! Drugi, mniejszy sutaszowy brat,
w morsko-plażowych odcieniach :)
No cóż, nie ma co gadać- zobaczcie sami co z tego wyszło.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szycie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szycie. Pokaż wszystkie posty
Nie od razu Kraków zbudowano...
Etykiety:
Akcesoria,
Autorski,
By olśniewać,
Dodatki,
Karnawał,
Kobiecy,
Kolia,
Kolorowy,
Naszyjnik,
Ozdoby,
Pastelowe,
Ręcznie robione,
soutache,
Stylowi,
Sutaszowa kolia,
Szycie
Sutaszowa kolia- kolejne wyzwanie
Plany i wyobrażenia miałam od dawna, ale niestety do uszycia takiego naszyjnika nie wystarczy 5 koralików znalezionych na dnie pudełka i skrawki sutaszowych tasiemek.
Sutasz to technika, która poza wyjątkowymi materiałami, wymaga czasu i... ogromnej cierpliwości. Niestety jak dotąd, tej ostatniej starczało mi co najwyżej na uszycie pary kolczyków.
Ale pewnego zimowego wieczoru, wrzuciłam do kociołka odrobinę zawzięcia, ciekawości, szpulkę nici, dwie igły, pęk sutaszu. Wszystko to wymieszałam i doprawiłam garścią koralików.
Mniej więcej 80 koralików, 10 metrów tasiemki i 7 dni później powstał on- długo wyczekiwany, czarny naszyjnik. Niepokorny, płata figle przy fotografowaniu, ale... jaki fotograf, takie zdjęcia... Zresztą zobaczcie sami :)
Sutasz to technika, która poza wyjątkowymi materiałami, wymaga czasu i... ogromnej cierpliwości. Niestety jak dotąd, tej ostatniej starczało mi co najwyżej na uszycie pary kolczyków.
Ale pewnego zimowego wieczoru, wrzuciłam do kociołka odrobinę zawzięcia, ciekawości, szpulkę nici, dwie igły, pęk sutaszu. Wszystko to wymieszałam i doprawiłam garścią koralików.
Mniej więcej 80 koralików, 10 metrów tasiemki i 7 dni później powstał on- długo wyczekiwany, czarny naszyjnik. Niepokorny, płata figle przy fotografowaniu, ale... jaki fotograf, takie zdjęcia... Zresztą zobaczcie sami :)
Etykiety:
Autorski,
Bal,
Biżuteria,
Bransoletki,
By olśniewać,
Hand made,
Handmade,
Karnawał,
Kolczyki,
Kolia,
Koronkowe,
Naszyjnik,
Ozdoby,
Ręcznie robione,
soutache,
Stylowi,
Sutaszowa kolia,
Szycie,
Ślub,
Wyjątkowy
Ja i akcesoria dla fotografów? A własnie, że tak!
O!
Bo ja, moi mili... coś tam kiedyś nawet z aparatami miałam wspólnego...
Nie na darmo ma się tytuł "dyrektora artystycznego". Wszak biegało się z blendą, wymieniało obiektywy, czyściło szkiełka i nosiło statyw, ha!
O! Nawet naciskało się spust migawki... kiedy szanowna pani fotograf okazywała się za niska... ;)
Sami więc przyznacie, że jakieś obycie już mam i co nieco mogę się powymądrzać.
Ale dosyć tej swawolnej autoironii, czas pokazać co nowego.
"Pomysł na" czerwony groszkowy pasek do aparatu zrodził się już jakiś czas temu, jednak sprawa miała być dużo prostsza. Miałam go po prostu kupić...
Ale, że "nima", mimo że "jest", postanowiłam uszyć. To znaczy... no nie do końca...
Uszył podwykonawca- niezawodna Pani Mama :) Ja tylko po raz kolejny byłam rzeczonym "dyrektorem artystycznym" od spraw organizacyjno-beznadziejnych (choć nadziei na znalezienie wszystkich niezbędnych elementów nie straciłam).
Zobaczcie jakie tym razem owoce przyniosła ta kooperacja
Bo ja, moi mili... coś tam kiedyś nawet z aparatami miałam wspólnego...
Nie na darmo ma się tytuł "dyrektora artystycznego". Wszak biegało się z blendą, wymieniało obiektywy, czyściło szkiełka i nosiło statyw, ha!
O! Nawet naciskało się spust migawki... kiedy szanowna pani fotograf okazywała się za niska... ;)
Sami więc przyznacie, że jakieś obycie już mam i co nieco mogę się powymądrzać.
Ale dosyć tej swawolnej autoironii, czas pokazać co nowego.
"Pomysł na" czerwony groszkowy pasek do aparatu zrodził się już jakiś czas temu, jednak sprawa miała być dużo prostsza. Miałam go po prostu kupić...
Ale, że "nima", mimo że "jest", postanowiłam uszyć. To znaczy... no nie do końca...
Uszył podwykonawca- niezawodna Pani Mama :) Ja tylko po raz kolejny byłam rzeczonym "dyrektorem artystycznym" od spraw organizacyjno-beznadziejnych (choć nadziei na znalezienie wszystkich niezbędnych elementów nie straciłam).
Zobaczcie jakie tym razem owoce przyniosła ta kooperacja
Etykiety:
Akcesoria,
Czerwony,
Fotografia,
Groszki,
Hand made,
Handmade,
Kolorowy,
Kropki,
Ozdoby,
Pasek do aparatu,
Prezent prosto z serca,
Ręcznie robione,
Sesja fotograficzna,
Stylowi,
Szycie,
We wzory,
Wygląd,
Wyjątkowy
W zdrowiu i w chorobie...
Tak, właśnie wtedy mogę polegać na moim gorącym Mieciu.
Niestety, marketingowe chwyty, krzyczące zewsząd: "Poczuj magię tych świąt!" mają też swoją czarną stronę... Zimowy ziąb i wszechotaczające wirusy.
No a Kasia, jak to Kasia... jednemu z nich wprost nie umiała się oprzeć. No mam słabość do tych wirusów, przyznaję...
I tak oto, (drugi) długi weekend listopadowy, zakończyłam w nie najlepszej formie. Przyznaję, w momencie największej opresji uratował mnie mój największy Rycerz Drużyny "M" i za to duuuuży całus! Ale niestety, przyszedł taki czas, że i On musiał odjechać, a wtedy na ratunek przybył zawsze gorący i chętny- do pomocy, rzecz jasna-Mieciu.
Do czerwoności rozgrzewa go... wrzątek ;) Chyba wiecie już, o kim mowa?
Tak, to on, mój pierwszy ubrankowy termoforek.
Taki był brzydki, kiedy go kupiłam, taki nijaki... Więc coś za tę pomoc mu się należało.
Wiecie... o pomysł u mnie nie trudno, gorzej czasem z jego realizacją. I tak właśnie było w tym przypadku. Najpierw wypadało znaleźć materiał. Nie było łatwo-nawet we Wrocławiu, ale w końcu udało się wyszukać coś, co w miarę odpowiadało moim wyobrażeniom (dla niedowiarków: czasem umiem iść na kompromis ;) ). Niestety potem... schody zaczęły się robić co raz bardziej strome- trzeba było znaleźć podwykonawcę. I tu tez z pomysłem problemu nie miałam ;)
Mama! Któż inny nadawałby się lepiej? No nikt-rzecz jasna!
Niestety, sama zainteresowana, nie do końca podzielała moje skromne zdanie... Pertraktacje trwały długo, wiele padło: "Nie da się!", ale "coś tam sie jednak (u)dało". ;)
Zobaczcie sami-mini fotorelacja z domowego przedszkola... tfu! domowego szpitala ;)
Niestety, marketingowe chwyty, krzyczące zewsząd: "Poczuj magię tych świąt!" mają też swoją czarną stronę... Zimowy ziąb i wszechotaczające wirusy.
No a Kasia, jak to Kasia... jednemu z nich wprost nie umiała się oprzeć. No mam słabość do tych wirusów, przyznaję...
I tak oto, (drugi) długi weekend listopadowy, zakończyłam w nie najlepszej formie. Przyznaję, w momencie największej opresji uratował mnie mój największy Rycerz Drużyny "M" i za to duuuuży całus! Ale niestety, przyszedł taki czas, że i On musiał odjechać, a wtedy na ratunek przybył zawsze gorący i chętny- do pomocy, rzecz jasna-Mieciu.
Do czerwoności rozgrzewa go... wrzątek ;) Chyba wiecie już, o kim mowa?
Tak, to on, mój pierwszy ubrankowy termoforek.
Taki był brzydki, kiedy go kupiłam, taki nijaki... Więc coś za tę pomoc mu się należało.
Wiecie... o pomysł u mnie nie trudno, gorzej czasem z jego realizacją. I tak właśnie było w tym przypadku. Najpierw wypadało znaleźć materiał. Nie było łatwo-nawet we Wrocławiu, ale w końcu udało się wyszukać coś, co w miarę odpowiadało moim wyobrażeniom (dla niedowiarków: czasem umiem iść na kompromis ;) ). Niestety potem... schody zaczęły się robić co raz bardziej strome- trzeba było znaleźć podwykonawcę. I tu tez z pomysłem problemu nie miałam ;)
Mama! Któż inny nadawałby się lepiej? No nikt-rzecz jasna!
Niestety, sama zainteresowana, nie do końca podzielała moje skromne zdanie... Pertraktacje trwały długo, wiele padło: "Nie da się!", ale "coś tam sie jednak (u)dało". ;)
Zobaczcie sami-mini fotorelacja z domowego przedszkola... tfu! domowego szpitala ;)
Ciepło-zimno
Pamiętacie jeszcze tę zabawę?
Dzisiaj pewnie wielu z Was powie, że emocje były jak na grzybobraniu, ale przyznajcie sami- wtedy każde "ciepło... ciepłej... jeszcze cieplej" przyprawiało niemal o dreszcze ;)
No dobra, to bawimy się! Zgadujcie o czym dziś...
Ciepło... Ciepło... Cieplej... Gorąco!
Zgadliście, dziś na tapetę bierzemy termofor.
Powiem więcej, zainspirowana eko-trendem, ujmę dzisiejszy temat niemalże naukowo:
Rozprawa o termoforze, jako odnawialnym źródle ciepła.
Czemu źródło ciepła- to sprawa oczywista, ale czemu odnawialnym? Odnowione, a nawet (idąc dalej zgodnie z eko-trendem) z recyklingu jest jego ubranko. Jesienne porządki w szafach zaowocowały szybkim pomysłem i (chciało by się rzec jeszcze szybszą) realizacją.
Teoretycznie miałam oddać szycie podwykonawcy (czyt. Mamie), jednak po raz kolejny wyszło szydło z worka- jestem niecierpliwcem. Tak długo przebierałam palcami, że zaczęłam fastrygować na próbę... Jak już spróbowałam, to nie mogłam obejść się bez efektu końcowego. Niemniej jednak, żeby Mamie nie było przykro, i Jej dałam wrócić wspomnieniami do lat mojego dzieciństwa, kiedy dziergała mi czapeczki i zleciłam wykonanie pomponików (miały być "takie! O, takie!).
Potem jeszcze "kropka nad i", czyli gorące filcowe serducha (wersja 2D i 3D) i... jest.
Oto on... Póki co bezimienny, ale tradycji zapewne stanie się zadość i przyjdzie czas na nazwanie go. Tylko jak nazwać następce Miecia i Mańka?
Dzisiaj pewnie wielu z Was powie, że emocje były jak na grzybobraniu, ale przyznajcie sami- wtedy każde "ciepło... ciepłej... jeszcze cieplej" przyprawiało niemal o dreszcze ;)
No dobra, to bawimy się! Zgadujcie o czym dziś...
Ciepło... Ciepło... Cieplej... Gorąco!
Zgadliście, dziś na tapetę bierzemy termofor.
Powiem więcej, zainspirowana eko-trendem, ujmę dzisiejszy temat niemalże naukowo:
Rozprawa o termoforze, jako odnawialnym źródle ciepła.
Czemu źródło ciepła- to sprawa oczywista, ale czemu odnawialnym? Odnowione, a nawet (idąc dalej zgodnie z eko-trendem) z recyklingu jest jego ubranko. Jesienne porządki w szafach zaowocowały szybkim pomysłem i (chciało by się rzec jeszcze szybszą) realizacją.
Teoretycznie miałam oddać szycie podwykonawcy (czyt. Mamie), jednak po raz kolejny wyszło szydło z worka- jestem niecierpliwcem. Tak długo przebierałam palcami, że zaczęłam fastrygować na próbę... Jak już spróbowałam, to nie mogłam obejść się bez efektu końcowego. Niemniej jednak, żeby Mamie nie było przykro, i Jej dałam wrócić wspomnieniami do lat mojego dzieciństwa, kiedy dziergała mi czapeczki i zleciłam wykonanie pomponików (miały być "takie! O, takie!).
Potem jeszcze "kropka nad i", czyli gorące filcowe serducha (wersja 2D i 3D) i... jest.
Oto on... Póki co bezimienny, ale tradycji zapewne stanie się zadość i przyjdzie czas na nazwanie go. Tylko jak nazwać następce Miecia i Mańka?
Plotę, wyplatam... ;)
W Nowym Tomyślu przedsiębiorcy na potęgę wyplatają wiklinowe ekrany akustyczne, a tymczasem ja...
wyplatam mały koszyczek
...z gazety.
Po trzech latach studiów dziennikarskich i pochłanianiu wiedzy z historii mediów, zaczynam mieć poważne wątpliwości w słuszność zapamiętywanych danych statystycznych.
Kolorowe brukowce, które najlepiej znają się na plecieniu andronów, najlepiej nadaja się do wyplatania koszy. ;)
Może więc niesłusznie cieszą się znakomitymi wynikami sprzedażowymi, sądząc że wynika to z dużej poczytności? ;>
Zostawiam to filozofowanie na później, bo czas na prezentację
Ale co by tu schować...
Może wykorzystać marynistyczny styl granatowo-białych pasków i...
Otóż nie, Mama właśnie porwała ten koszyczek na łazienkową półkę :)
wyplatam mały koszyczek
...z gazety.
Po trzech latach studiów dziennikarskich i pochłanianiu wiedzy z historii mediów, zaczynam mieć poważne wątpliwości w słuszność zapamiętywanych danych statystycznych.
Kolorowe brukowce, które najlepiej znają się na plecieniu andronów, najlepiej nadaja się do wyplatania koszy. ;)
Może więc niesłusznie cieszą się znakomitymi wynikami sprzedażowymi, sądząc że wynika to z dużej poczytności? ;>
Zostawiam to filozofowanie na później, bo czas na prezentację
Ale co by tu schować...
Może wykorzystać marynistyczny styl granatowo-białych pasków i...
Otóż nie, Mama właśnie porwała ten koszyczek na łazienkową półkę :)
Etykiety:
Akcesoria,
Dom,
Groszki,
Hand made,
Handmade,
Koronkowe,
Koszyczek,
Koszyk,
Ozdoby,
Pokój dziecka,
Pokój dziewczynki,
Pudełko,
Ręcznie malowane,
Ręcznie robione,
Szycie,
W domowych pieleszach,
We wzory
Ale pamiętaj, żeby mi przypomnieć!
Czy tylko ja czasami, po wyjściu z domu, borykam się z poczuciem, że o czymś zapomniałam?
Jadę wtedy windą i sprawdzam czy telefony są na miejscu, czy portfel błąka się w torbie, zastanawiam się, czy zamknęłam drzwi...
Wszystko mam, a to dziwne przeczucie nadal mnie męczy. I właśnie wtedy, kiedy chwytam za klamkę drukarni (nie wcześniej, ani nie później) przypominam sobie, że zapomniałam pendriva z plikami do wydruku...
Na szczęście takie sytuacje nie zdarzają mi się często, ale chyba tylko dzięki temu, że nauczyłam się dobrej organizacji. Zapisuję sobie wszystko póki pamiętam, a potem tylko zerkam w zapiski i stosuję się do nich. Moje telefony są wprawdzie zawalone notatkami, ale dzięki temu nie tracę zbyt dużo czasu na wracanie po to, czego zapomniałam. A jak wiadomo:
kto nie ma w głowie, ten ma w nogach.
Co więcej, często muszę pamiętać nie tylko za siebie, ale i za innych. Niemal każdy wyjazd mojej Przyjaciółki poprzedzony jest listą próśb z serii: "Przypomnij mi godzinę przed wyjazdem, żebym..." ;)
A to już naprawdę wyższy stopień trudności.
Choć muszę się przyznać, że... jestem niekwestionowanym mistrzem zapisywania przypomnień w telefonie... Czasem robię to w takim pośpiechu, że zapisuję wydarzenie w możliwie najbardziej skrótowej formie. Problem w tym, że w momencie, kiedy telefon dzwoni, przypominając mi o czymś, co zapewne wcześniej uważałam za bardzo istotne, zamiast stosować się do instrukcji, kwadrans staram się rozszyfrować stworzony przez siebie skrót myślowy. (Ttego typu umiejętność powinnam chyba wpisać sobie do CV, posadę w tajnych służbach powinnam mieć zagwarantowaną ;) )
No, ale ja tak o telefonach i o telefonach... A przecież są też bardziej tradycyjne formy przypominajek: nieodłączny kalendarz, który zawsze mamy przy sobie i tablice korkowe.
Ale co zrobić, by tradycję nieco unowocześnić?
Przepis na tablicę inną niz zwykle,jest prosty: trochę pianki lub styropianu, kawałek materiału i stara firanka. No a oto efekt:
Jadę wtedy windą i sprawdzam czy telefony są na miejscu, czy portfel błąka się w torbie, zastanawiam się, czy zamknęłam drzwi...
Wszystko mam, a to dziwne przeczucie nadal mnie męczy. I właśnie wtedy, kiedy chwytam za klamkę drukarni (nie wcześniej, ani nie później) przypominam sobie, że zapomniałam pendriva z plikami do wydruku...
Na szczęście takie sytuacje nie zdarzają mi się często, ale chyba tylko dzięki temu, że nauczyłam się dobrej organizacji. Zapisuję sobie wszystko póki pamiętam, a potem tylko zerkam w zapiski i stosuję się do nich. Moje telefony są wprawdzie zawalone notatkami, ale dzięki temu nie tracę zbyt dużo czasu na wracanie po to, czego zapomniałam. A jak wiadomo:
kto nie ma w głowie, ten ma w nogach.
Co więcej, często muszę pamiętać nie tylko za siebie, ale i za innych. Niemal każdy wyjazd mojej Przyjaciółki poprzedzony jest listą próśb z serii: "Przypomnij mi godzinę przed wyjazdem, żebym..." ;)
A to już naprawdę wyższy stopień trudności.
Choć muszę się przyznać, że... jestem niekwestionowanym mistrzem zapisywania przypomnień w telefonie... Czasem robię to w takim pośpiechu, że zapisuję wydarzenie w możliwie najbardziej skrótowej formie. Problem w tym, że w momencie, kiedy telefon dzwoni, przypominając mi o czymś, co zapewne wcześniej uważałam za bardzo istotne, zamiast stosować się do instrukcji, kwadrans staram się rozszyfrować stworzony przez siebie skrót myślowy. (Ttego typu umiejętność powinnam chyba wpisać sobie do CV, posadę w tajnych służbach powinnam mieć zagwarantowaną ;) )
No, ale ja tak o telefonach i o telefonach... A przecież są też bardziej tradycyjne formy przypominajek: nieodłączny kalendarz, który zawsze mamy przy sobie i tablice korkowe.
Ale co zrobić, by tradycję nieco unowocześnić?
Przepis na tablicę inną niz zwykle,jest prosty: trochę pianki lub styropianu, kawałek materiału i stara firanka. No a oto efekt:
Etykiety:
Akcesoria,
Dla dziewczynki,
Dom,
Dziecko,
Hand made,
Handmade,
Pokój dziecka,
Pokój dziewczynki,
Ręcznie robione,
Szycie,
Tablica korkowa,
W domowych pieleszach
Kuchenne rewolucje
Pamiętacie jeszcze te panie ze szkolnych stołówek w stylonowych fartuszkach? W tej branży rządziły chyba dwa główne kolory: czerwień i granat z nieodłączną białą lamówką i groszkami, służącymi za element dekoracyjny.
Pewnie czujecie teraz ten zapach, który unosił się na całym piętrze i nasilał się z każdym kolejnym krokiem poczynionym w stronę jadalni? Domyślam się, że część z Was wspomina z sentymentem ciepłe racuchy, a inni krzywią się na wspomnienie zup mlecznych. Ale nie ja ;) I to nie dlatego, że mam słabą pamięć, co to to nie! (Przynajmniej w ten marny sposób się pocieszam) Po prostu nigdy nie jadłam niczego na szkolnej stołówce, więc wolałabym nie oceniać książki po okładce. Chooociaż... podobno je się też oczami... Ale nie! Nie o tym miałam ;)
Niewątpliwie pichcenie na antenie jest kolejnym wiodącym trendem w mediach, zaraz po śpiewaniu i tańczeniu. Aaaaa jak wiadomo... na szklanych ekranie trzeba wyglądać nienagannie, nawet wtedy kiedy główna bohaterka naszego ulubionego serialu budzi się po ciężkiej imprezie (w pełnym makijażu rzecz jasna) i stylowo, nawet kiedy "kulinarny ekspert" trze ziemniaki na placki. Chociaż hmmm... w telewizji zwykłe "placki ziemniaczane" nie mają racji bytu, więc inaczej: nawet kiedy znamienity kucharz przygotowuje ziemniaki na "lekko rumiane, podsmażane placuszki z ziemniaków o aromacie młodej cebulki ze szczyptą białego pieprzu". Czy to zabrzmiało wystarczająco nadęcie, tzn. ekhm... profesjonalnie? ;)
Ale ja jak zwykle nie o tym... Zauważyliście, że w każdym kulinarnym programie jedną z głównych ról grają fartuchy? Przysłowiowe "kury domowe" zyskują tytuł profesjonalisty w ułamek sekundy, zakładając biały, schludny fartuch, a zmęczone życiem bohaterki seriali dostają natychmiastowego natchnienia i chęci do gotowania, kiedy tylko przewiążą w pasie szarfę jakiegoś kolorowego, nowoczesnego fartuszka imitującego sukienkę. Czy to nie magiczne? Kawałek materiału działa lepiej niż zaczarowany ołówek i magiczna różdżka razem wzięte.
Kuchnia nigdy nie była dla mnie miejscem obcym, podobnie jest z moją Przyjaciółką (to jedna z niewielu cech, w których się nie różnimy :D ). I to pewnie dlatego fartuszkowe szaleństwo nas nie ominęło. Chociaż przyznaję, dużym zdziwieniem skwitowałam przedświąteczne życzenie Pauli, kiedy ściskając w IKEI fartuszek zażyczyła go sobie pod choinką, zastrzegając przy tym, że się nie obrazi (bo co by nie mówić, nie jest to najlepszy pomysł na prezent, a przynajmniej ostatni jaki przyszedłby mi do głowy). Życzenie stało się dla mnie niemal rozkazem i szybko w mojej głowie zrodził się szatański plan, no bo przecież skoro już ma to być prezent, to nie może być zwykły, masowo szyty fartuszek. To musi być fartuszek idealny!
Widziałam go w głowie z każdym nawet najdrobniejszym detalem, jednak co zrobić, żeby urzeczywistnić to wyobrażenie, skoro nijak nie mogę się dogadać z maszyną do szycia? No wiem... prawdą jest, że nigdy nawet do niej nie zagadałam, żeby nawiązać nić porozumienia, ale czasu na naukę krawiectwa miałam niewiele, a przypominam, że fartuszek miał być i-de-al-ny...
Rozwiązanie jest proste, telefon do Mamy! "Cześć Mamo, wymyśliłam taki cudowny fartuszek kuchenny, uszyjemy, no nie?!" Tak, ta liczba mnoga nie była przypadkowa :D Mama od razu wiedziała co się święci i, że ze mną łatwo nie będzie, aaaale... miesiąc wiercenia dziury w brzuchu i zachwycania się własnym wyobrażeniem fartuszka (jestem skromna, ale się z tym kryję ;) )i Mama dała się przekonać. Pominę szczegóły dotyczące poszukiwania materiału, który dorównałby moim wyobrażeniom, ale dla nakreślenia trudu dodam, że nie był to ostatecznie prezent gwiazdkowy, a urodzinowy, dzięki czemu zyskałam 1,5 miesięczną przewagę nad sklepami z tkaninami.
Tak więc po rozlicznych objaśnieniach, tłumaczeniach, koślawych rycinach w moim wykonaniu i obrazowaniu wyobrażeń w każdy możliwy sposób oraz... stukrotnym powtórzeniu "bo ja go widzę, ja wiem, jak on ma wyglądać" (tak, zgadliście, moja Mama ma niespożyte pokłady cierpliwości dla mnie), oto efekt końcowy:
To jak Paula, oddajesz fartucha? ;)
Pewnie czujecie teraz ten zapach, który unosił się na całym piętrze i nasilał się z każdym kolejnym krokiem poczynionym w stronę jadalni? Domyślam się, że część z Was wspomina z sentymentem ciepłe racuchy, a inni krzywią się na wspomnienie zup mlecznych. Ale nie ja ;) I to nie dlatego, że mam słabą pamięć, co to to nie! (Przynajmniej w ten marny sposób się pocieszam) Po prostu nigdy nie jadłam niczego na szkolnej stołówce, więc wolałabym nie oceniać książki po okładce. Chooociaż... podobno je się też oczami... Ale nie! Nie o tym miałam ;)
Niewątpliwie pichcenie na antenie jest kolejnym wiodącym trendem w mediach, zaraz po śpiewaniu i tańczeniu. Aaaaa jak wiadomo... na szklanych ekranie trzeba wyglądać nienagannie, nawet wtedy kiedy główna bohaterka naszego ulubionego serialu budzi się po ciężkiej imprezie (w pełnym makijażu rzecz jasna) i stylowo, nawet kiedy "kulinarny ekspert" trze ziemniaki na placki. Chociaż hmmm... w telewizji zwykłe "placki ziemniaczane" nie mają racji bytu, więc inaczej: nawet kiedy znamienity kucharz przygotowuje ziemniaki na "lekko rumiane, podsmażane placuszki z ziemniaków o aromacie młodej cebulki ze szczyptą białego pieprzu". Czy to zabrzmiało wystarczająco nadęcie, tzn. ekhm... profesjonalnie? ;)
Ale ja jak zwykle nie o tym... Zauważyliście, że w każdym kulinarnym programie jedną z głównych ról grają fartuchy? Przysłowiowe "kury domowe" zyskują tytuł profesjonalisty w ułamek sekundy, zakładając biały, schludny fartuch, a zmęczone życiem bohaterki seriali dostają natychmiastowego natchnienia i chęci do gotowania, kiedy tylko przewiążą w pasie szarfę jakiegoś kolorowego, nowoczesnego fartuszka imitującego sukienkę. Czy to nie magiczne? Kawałek materiału działa lepiej niż zaczarowany ołówek i magiczna różdżka razem wzięte.
Kuchnia nigdy nie była dla mnie miejscem obcym, podobnie jest z moją Przyjaciółką (to jedna z niewielu cech, w których się nie różnimy :D ). I to pewnie dlatego fartuszkowe szaleństwo nas nie ominęło. Chociaż przyznaję, dużym zdziwieniem skwitowałam przedświąteczne życzenie Pauli, kiedy ściskając w IKEI fartuszek zażyczyła go sobie pod choinką, zastrzegając przy tym, że się nie obrazi (bo co by nie mówić, nie jest to najlepszy pomysł na prezent, a przynajmniej ostatni jaki przyszedłby mi do głowy). Życzenie stało się dla mnie niemal rozkazem i szybko w mojej głowie zrodził się szatański plan, no bo przecież skoro już ma to być prezent, to nie może być zwykły, masowo szyty fartuszek. To musi być fartuszek idealny!
Widziałam go w głowie z każdym nawet najdrobniejszym detalem, jednak co zrobić, żeby urzeczywistnić to wyobrażenie, skoro nijak nie mogę się dogadać z maszyną do szycia? No wiem... prawdą jest, że nigdy nawet do niej nie zagadałam, żeby nawiązać nić porozumienia, ale czasu na naukę krawiectwa miałam niewiele, a przypominam, że fartuszek miał być i-de-al-ny...
Rozwiązanie jest proste, telefon do Mamy! "Cześć Mamo, wymyśliłam taki cudowny fartuszek kuchenny, uszyjemy, no nie?!" Tak, ta liczba mnoga nie była przypadkowa :D Mama od razu wiedziała co się święci i, że ze mną łatwo nie będzie, aaaale... miesiąc wiercenia dziury w brzuchu i zachwycania się własnym wyobrażeniem fartuszka (jestem skromna, ale się z tym kryję ;) )i Mama dała się przekonać. Pominę szczegóły dotyczące poszukiwania materiału, który dorównałby moim wyobrażeniom, ale dla nakreślenia trudu dodam, że nie był to ostatecznie prezent gwiazdkowy, a urodzinowy, dzięki czemu zyskałam 1,5 miesięczną przewagę nad sklepami z tkaninami.
Tak więc po rozlicznych objaśnieniach, tłumaczeniach, koślawych rycinach w moim wykonaniu i obrazowaniu wyobrażeń w każdy możliwy sposób oraz... stukrotnym powtórzeniu "bo ja go widzę, ja wiem, jak on ma wyglądać" (tak, zgadliście, moja Mama ma niespożyte pokłady cierpliwości dla mnie), oto efekt końcowy:
To jak Paula, oddajesz fartucha? ;)
Etykiety:
Akcesoria,
Dom,
Fartuszek,
Hand made,
Handmade,
Kuchnia,
Masterchef,
Opakowanie,
Opakowanie prezentu,
Prezent,
Przebranie,
Przepisy,
Przepiśnik,
Pudełko,
Ręcznie robione,
Szycie,
Top chef,
W domowych pieleszach
Subskrybuj:
Posty (Atom)
.jpg)

.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)

