Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kolczyki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kolczyki. Pokaż wszystkie posty

Nudzi-mi-sie

W ubiegłym tygodniu miałam okazję bawić się z pewnym przeuroczym Jegomościem czymś... ciastolinopodobnym.

Nie wiem co to było, ale wiem jedno- zabawa była przednia!
Nie dość, że mogłam trochę poszaleć, to i wspomnienia wróciły, bo przecież ta cała moja rękodzielnicza przygoda zaczęła się od... zabawy z modeliną.


Powoli do przodu...

No cóż... przeprowadzki bywają męczące, ale chyba czasem warto się przemęczyć, by w trakcie pakowania sterty kartonów odkryć kilka "skarbów" :)
W moim przypadku odkryciem była masa koralików, rzemieni, tasiemek i wiele innych rzeczy, z których przy odrobinie cierpliwości można stworzyć "coś".
No tak- coś, ale co?

Długo się nad tym zastanawiałam, aż do wczoraj, kiedy w trakcie rozmowy przypomniałam sobie o... kolczykomani. Później, kiedy już połączyłam te fakty, poszło błyskawicznie (no... prawie błyskawicznie) i oto jest- świeżutka "para' sutaszowych kolczyków.

Sutaszowa kolia- kolejne wyzwanie

Plany i wyobrażenia miałam od dawna, ale niestety do uszycia takiego naszyjnika nie wystarczy 5 koralików znalezionych na dnie pudełka i skrawki sutaszowych tasiemek.
Sutasz to technika, która poza wyjątkowymi materiałami, wymaga czasu i... ogromnej cierpliwości. Niestety jak dotąd, tej ostatniej starczało mi co najwyżej na uszycie pary kolczyków.
Ale pewnego zimowego wieczoru, wrzuciłam do kociołka odrobinę zawzięcia, ciekawości, szpulkę nici, dwie igły, pęk sutaszu. Wszystko to wymieszałam i doprawiłam garścią koralików.

Mniej więcej 80 koralików, 10 metrów tasiemki i 7 dni później powstał on- długo wyczekiwany, czarny naszyjnik. Niepokorny, płata figle przy fotografowaniu, ale... jaki fotograf, takie zdjęcia... Zresztą zobaczcie sami :)



Mania bransoletkowania!

Wiem... miało być o bransoletkach! I będzie, ale za chwilę. Najpierw postawię kropkę nad i w kwestii wire-wrappingu i tadaaaaam


Nie trzeba mi było dwa razy powtarzać. Wprawdzie już robiąc maski myślałam o zrobieniu pary kolczyków, ale tak się wkręciłam (ha! i to dosłownie...) w maskowanie, że zupełnie zapomniałam o tym. Dlatego naprawdę nie potrzebowałam większej motywacji niż krótkie: "Ej Ty! A może byś zrobiła takie kolczyki?!" Ba! Pewnie, że bym zrobiła. Co więcej... właśnie w tamtej chwili od razu zwlekłam się z łóżka, włączyłam lampkę nocną i chwyciłam za podręczny zestaw "drut+obcęgi", które już na dobre zagościły na mojej półce nieopodal łóżka. Prawdę mówiąc ten megakobiecy gadżet w postaci obcęgów na dobre zagościł też w mojej torebce ;) No, ale co? Przecież nigdy nie wiadomo, kiedy się przydadzą...

Ale dziś miało być o bransoletkach i tak właśnie będzie.
Nigdy nie byłam typową bransoleciarą. Uwielbiałam kolczyki, swego czasu nawet te, po których założeniu zginałam się wpół od ich ciężaru... Ale jako że pomimo tego, że uwielbiałam kiedy były wyraziste i zdobne, to starałam się zachowywać umiar i rezygnowałam z innej biżuterii. Heh, no ale nie jest nowością, że kobieta zmienną jest i właśnie dlatego teraz noszę jedynie maluteńkie sztyfty. Za to nadrabiam bransoletkami. W kwestii tych robionych przeze mnie zaczęło się w zeszłym roku od rzemykowych, potem przeszłam na te ze sznurka i... naprawdę polecam. Niby takie proste materiały, ale możliwości na łączenie różnych elementów jest tak mnóstwo, że chyba każdy znajdzie coś dla siebie ;) No i by tradycji stało się zadość, poniżej moje dotychczasowe bransoletki:

Co było pierwsze?

O historii słów kilka:

Skąd w ogóle pomysł na to, żeby zająć się "robótkami ręcznymi" (tak! tak swojsko nazwany folder znalazłam właśnie na swoim pendrivie...)? Zawsze podpatrywałam Mamę, kiedy robiła cudowne świąteczne stroiki, układała kolorowe bukiety i wyklejała kolorowe szyldy reklamowe. Niestety moje małe koślawe paluszki nigdy nie potrafiły niczego, co choć w ułamku dorównywałoby dziełom Mamy. Zawsze próbowałam zrobić coś z niczego, efekty bywały różne, ale tak naprawdę biżuteryjnego bakcyla załapałam dopiero, kiedy na allegro zamówiłam paczkę z tysiącem bigli, a w sklepie papierniczym kupiłam modelinę :) Nad jedną parą kolczyków potrafiłam spędzić godzinę, co w porównaniu z kilkoma, a nawet kilkunastoma godzinami, jakie teraz pochłania mi zrobienie np. kołnierzyka, sutaszowych kolczyków, czy maski, zdaje się niczym.
Niestety niezagospodarowane materiały do robienia kolczyków, które wręcz krzyczały do mnie (nie, spokojnie, białych myszek jeszcze nie widzę ;) ), nijak zgrywały się z tym, że byłam wtedy w klasie maturalnej. Pech chciał, że już na początku roku szkolnego okazało się, że koślawość paluszków przeszła na koślawość nóżek i bach! Na równym chodniku jednym złym krokiem zafundowałam sobie gustowny, jakże modny w niektórych kręgach, biały gipsowy kozaczek. 6 tygodni siedzenia w domu spożytkowałam w sposób oczywisty. Kolczyki powstawały i rozchodziły się, jak świeże bułeczki (nawet niemal dosłownie, bo przecież utwardzałam je w piekarniku). Na początku sama w nich chodziłam, potem koleżanki prosiły mnie o zrobienie kolejnych egzemplarzy dla nich, a potem i koleżanki koleżanek... Wtedy uznałam, że to się chyba jednak podoba i warto nauczyć się czegoś więcej. Podpatrywałam, wymyślałam, kombinowałam jak zrobić, z czego zrobić itd. Od tamtego czasu co rusz zajmuję się czymś innym, a potem wracam do wcześniejszych technik. Łączę stare z nowym, nowe z nowszym i tak oto nigdy się nie nudzę. Ale żeby i Was nie zanudzić, poniżej dokumentacja reszteczki modelinowych prac

Lubię to!

Musisz sobie odpowiedzieć na jedno... ekhm... ważne, ale to bardzo ważne pytanie: "Co lubię w życiu robić najbardziej?". A potem zacznij to robić.

Mniej więcej taką mantrę wygłosiła jedna z bardziej kultowych kreacji polskiego kina- Laska z filmu "Chłopaki nie płaczą". I jak się z tym nie zgodzić? No jak? Ja nie umiem ;)

Powiedzmy, że potraktowałam te słowa, jako ostateczną motywację. Długo nosiłam się z zamiarem założenia bloga, ale zawsze kiedy byłam już o krok od zrealizowania planu wymyślałam milion powodów, dla których ten pomysł jest bez sensu. Nawet teraz, kiedy to piszę, mam całe mnóstwo wątpliwości, ale... zaczynam robić to, co lubię robić najbardziej ;)
A co konkretnie? Poza pisaniem lubię robić "coś z niczego" i właśnie tym będę się tutaj dzielić.

 Dobra, dobra... koniec tego tłumaczenia się. Żeby nie zanudzać, poniżej mały przedsmak. Dziś tłusty czwartek, więc powinnam wrzucić piękne i rumiane pączuszki, ale pozostanę jednak przy równie słodziutkich (a moim zdaniem nawet smaczniejszych) muffinkach. Ot, taka wersja "light" ;)

Muszę się duuużo nauczyć, żeby moja współpraca z blogiem układała się pomyślnie ;)