Okej, okej... Może stanie w kącie nie należy do przyjemności, ale wyobraźcie sobie jak miło mi się zrobiło, kiedy kolejna moja rzecz trafiła na główną stronę stylowi.pl :D
Wiem, że to drobiazg, ale uwierzcie mi- taki drobiazg potrafi przysporzyć naprawdę wiele radości. Szczególnie mając na uwadze cudowne otoczenie pięknych przedmiotów i fotografii, w towarzystwie których znalazła się moja maska.
Aż chce się krzyczeć z radości :)
Przyznaję, czuje się teraz jak dziecko, które dostało najpiękniejszego lizaka ze sklepowej wystawy (hm... w sumie trzeba przyznać, że wiek chyba nie ma tu żadnego znaczenia- pomimo tych "paru" siwych włosów mieniących się na czubku głowy, nadal cieszyłabym się z takiego wielkiego barwnego lizaka ;) ).
Ehh, ale do rzeczy... Oczywiście nie mogłam sobie darować i uwieczniłam ten fakt, tadaaaaaam:
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maski. Pokaż wszystkie posty
Samochwała w kącie stała.
Etykiety:
Akcesoria,
Autorski,
Bal,
bal maskowy,
Biżuteria,
By olśniewać,
Czarny Łabędź,
Dodatki,
Fotografia,
Hand made,
Handmade,
Kobiecy,
Maska,
Maski,
Przebranie,
Ręcznie robione,
Stylowi,
Wire Wrapping
"Tu cichosza, tam cicho..."
"Szaro, brudno i zima"
Może ten cytat nie do końca obrazuje to co dzieje się za oknem, ale prawda jest taka, że zima zbliża się co raz większymi krokami.
Jednak od ponad dwudziestu lat, każdej zimy, nastaje jeden piękny, ciepły dzień*, kiedy to serducha milionów, rozgrzewają się do czerwoności, a dobre duszki chodzą po ulicach miast i miasteczek dzwoniąc swoimi kolorowymi puszkami, szczerze dziękując za każdy kolejny grosik.
Wiecie o czym mowa?
TAK! chodzi oczywiście o styczniowe niedziele, kiedy całoroczna machina, napędzana przez setki osób, pod wodzą pana Jurka Owsiaka, eksploduje pozytywną energią.
Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy :)
Uwielbiam ten magiczny dzień, odkąd sięgam pamięcią. Jako mały bąbel, zbierałam przed finałem drobniaki z kieszonkowego, by wrzucić je potem do puszki. Nie było "zmiłuj". Śnieg, deszcz, słota czy choroba- wiadomo było, że małą Kasię trzeba obwieźć po mieście w poszukiwaniu zmarzniętego wolontariusza. A potem nastał czas, kiedy sama postanowiłam być tym maszerującym po ulicach "Rudolfem Czerwononosym" z puszką w ręku i wspominam te dni z ogromnym uśmiechem na twarzy.
Możecie mi wierzyć, że cieszy każdy, nawet najdrobniejszy bilon wrzucany do kolorowego kartonika. A szczególnie wtedy, kiedy dla tych małych, chorych pociech, wrzucają pieniążki ich zdrowi równolatkowie.
Pięknych, a zarazem wzruszających historii jest wiele, każdy z wolontariuszy z pewnością mógłby ich opowiedzieć sporo, jednak należy pamiętać, że WOŚP, to nie tylko oni i nie tylko ten jeden dzień w roku.
Fundacja pracuje cały rok, na wielu płaszczyznach. Szukają tych najbardziej potrzebujących, szukają sposobu by im pomóc, ale co równie trudne- szukają na to pieniędzy.
Z roku na rok przybywa pomysłów na zebranie, jak największej kwoty. Otwierają się umysły i serducha :) Jakiś czas temu zrodziła się idea powstania grupy "Biżuteryjki dla WOŚP". Dotychczas tylko podziwiałam ich dzieła, jednak w tym roku całkiem przypadkowo trafiłam na informację o możliwości wstąpienia w ich szeregi. Dość nieśmiało podesłałam zdjęcia swoich dotychczasowych prac, licząc na to, że może przydam się choć częściowo przy jakimś projekcie.
I udało się, nawet bardzo!
Jestem tak samo pozytywnie nakręcona, jak wtedy, kiedy odbierałam swój pierwszy WOŚP-owy identyfikator. :)
Wiele powiedzieć nie mogę. Cichosza ;) Niespodzianki smakują najlepiej. Ale zdradzę Wam w sekrecie, że projekty koleżanek- Biżuteryjek zapowiadają się bajecznie. Podglądam i zazdroszczę talentów. :)
A tutaj mała zapowiedź projektu, z którym biorę udział

Do końca Świata i o jeden dzień dłużej!
*i z całą miłością do Bożego Narodzenia, nie o tym mowa tym razem
Może ten cytat nie do końca obrazuje to co dzieje się za oknem, ale prawda jest taka, że zima zbliża się co raz większymi krokami.
Jednak od ponad dwudziestu lat, każdej zimy, nastaje jeden piękny, ciepły dzień*, kiedy to serducha milionów, rozgrzewają się do czerwoności, a dobre duszki chodzą po ulicach miast i miasteczek dzwoniąc swoimi kolorowymi puszkami, szczerze dziękując za każdy kolejny grosik.
Wiecie o czym mowa?
TAK! chodzi oczywiście o styczniowe niedziele, kiedy całoroczna machina, napędzana przez setki osób, pod wodzą pana Jurka Owsiaka, eksploduje pozytywną energią.
Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy :)
Uwielbiam ten magiczny dzień, odkąd sięgam pamięcią. Jako mały bąbel, zbierałam przed finałem drobniaki z kieszonkowego, by wrzucić je potem do puszki. Nie było "zmiłuj". Śnieg, deszcz, słota czy choroba- wiadomo było, że małą Kasię trzeba obwieźć po mieście w poszukiwaniu zmarzniętego wolontariusza. A potem nastał czas, kiedy sama postanowiłam być tym maszerującym po ulicach "Rudolfem Czerwononosym" z puszką w ręku i wspominam te dni z ogromnym uśmiechem na twarzy.
Możecie mi wierzyć, że cieszy każdy, nawet najdrobniejszy bilon wrzucany do kolorowego kartonika. A szczególnie wtedy, kiedy dla tych małych, chorych pociech, wrzucają pieniążki ich zdrowi równolatkowie.
Pięknych, a zarazem wzruszających historii jest wiele, każdy z wolontariuszy z pewnością mógłby ich opowiedzieć sporo, jednak należy pamiętać, że WOŚP, to nie tylko oni i nie tylko ten jeden dzień w roku.
Fundacja pracuje cały rok, na wielu płaszczyznach. Szukają tych najbardziej potrzebujących, szukają sposobu by im pomóc, ale co równie trudne- szukają na to pieniędzy.
Z roku na rok przybywa pomysłów na zebranie, jak największej kwoty. Otwierają się umysły i serducha :) Jakiś czas temu zrodziła się idea powstania grupy "Biżuteryjki dla WOŚP". Dotychczas tylko podziwiałam ich dzieła, jednak w tym roku całkiem przypadkowo trafiłam na informację o możliwości wstąpienia w ich szeregi. Dość nieśmiało podesłałam zdjęcia swoich dotychczasowych prac, licząc na to, że może przydam się choć częściowo przy jakimś projekcie.
I udało się, nawet bardzo!
Jestem tak samo pozytywnie nakręcona, jak wtedy, kiedy odbierałam swój pierwszy WOŚP-owy identyfikator. :)
Wiele powiedzieć nie mogę. Cichosza ;) Niespodzianki smakują najlepiej. Ale zdradzę Wam w sekrecie, że projekty koleżanek- Biżuteryjek zapowiadają się bajecznie. Podglądam i zazdroszczę talentów. :)
A tutaj mała zapowiedź projektu, z którym biorę udział

Do końca Świata i o jeden dzień dłużej!
*i z całą miłością do Bożego Narodzenia, nie o tym mowa tym razem
Niech żyje bal... I noworoczne postanowienia ;)
Skoro ubiegłoroczne ostatki podsumowałam w maskowym klimacie, to i mój blogowy powrót nie może się bez nich obyć. Kolejne dwie siostry dołączyły do karnawałowej rodziny i, mam nadzieję, powtórzą losy swoich poprzedniczek, brylując na parkietach. A jako że karnawał w tym roku mamy wyjątkowo długi, to i okazji z całą pewnością nie zabraknie ;)
Czy ja coś wspominałam o noworocznych postanowieniach? Ekhm... No dobrze, przyznam się.
Wprawdzie nie jestem skłonna do obiecywania samej sobie jakichś drastycznych zmian tylko ze względu na to, że zrywam ostatnią kartkę w kalendarzu. Jednak, gdybym miała sobie coś postanowić, na pewno nie mogłabym pominąć planów związanych z prowadzeniem bloga.
Od czasu ostatniego posta troszkę pomysłów zrodziło się w mojej głowie... Jedne zostały urzeczywistnione, inne dalej czekają na wolną chwilę i brakującą szczyptę weny. Ale obiecuję (podobno publicznych obietnic łatwiej dotrzymać)*, że stopniowo nadrobię wszelkie zaległości.
Może na początek słów kilka o bardzo kameralnych, acz przyjemnych warsztatach zdobienia bombek. I samych bombkach rzecz jasna.
Zaczątek ślubnych inspiracji z życzeniami wszelkiej pomyślności dla Młodej Pary.
Sutaszowe bliźniaczki zrobione niedługo po tym, kiedy jedna z ich poprzedniczek zaginęła w niewyjaśnionych okolicznościach.
I alternatywa dla korkowej tablicy.
Tak wyglądają zapowiedzi na parę najbliższych postów. Wprawdzie niektóre z nich muszą poczekać na dokumentację fotograficzną, ale inne są już niemal gotowe;)
Jednak zanim to, wypadałoby jakoś ubrać tego bloga... A to oznacza, że najwyższa pora odkurzyć jakiś program graficzny, a że sesja co raz bliżej końca... do dzieła! :)
*nie jest to aluzja o charakterze politycznym ;)
Czy ja coś wspominałam o noworocznych postanowieniach? Ekhm... No dobrze, przyznam się.
Wprawdzie nie jestem skłonna do obiecywania samej sobie jakichś drastycznych zmian tylko ze względu na to, że zrywam ostatnią kartkę w kalendarzu. Jednak, gdybym miała sobie coś postanowić, na pewno nie mogłabym pominąć planów związanych z prowadzeniem bloga.
Od czasu ostatniego posta troszkę pomysłów zrodziło się w mojej głowie... Jedne zostały urzeczywistnione, inne dalej czekają na wolną chwilę i brakującą szczyptę weny. Ale obiecuję (podobno publicznych obietnic łatwiej dotrzymać)*, że stopniowo nadrobię wszelkie zaległości.
Może na początek słów kilka o bardzo kameralnych, acz przyjemnych warsztatach zdobienia bombek. I samych bombkach rzecz jasna.
Zaczątek ślubnych inspiracji z życzeniami wszelkiej pomyślności dla Młodej Pary.
Sutaszowe bliźniaczki zrobione niedługo po tym, kiedy jedna z ich poprzedniczek zaginęła w niewyjaśnionych okolicznościach.
I alternatywa dla korkowej tablicy.
Tak wyglądają zapowiedzi na parę najbliższych postów. Wprawdzie niektóre z nich muszą poczekać na dokumentację fotograficzną, ale inne są już niemal gotowe;)
Jednak zanim to, wypadałoby jakoś ubrać tego bloga... A to oznacza, że najwyższa pora odkurzyć jakiś program graficzny, a że sesja co raz bliżej końca... do dzieła! :)
*nie jest to aluzja o charakterze politycznym ;)
Etykiety:
Akcesoria,
Bal,
bal maskowy,
Biżuteria,
By olśniewać,
Fotografia,
Hand made,
Handmade,
Karnawał,
Koronkowe,
Maska,
Maski,
Prezent,
Przebranie,
Ręcznie robione,
Sesja fotograficzna,
Urodziny,
Wire Wrapping
Kołnierzyk? Must have!
Oj tam... "Must have!"
Nie: "musisz to mieć", ale: "musisz to zrobić!".
Okej, rozumiem, że zakupy przynoszą niektórym radość i, że wyjście ze sklepu z jakimś uroczym cackiem to nie lada frajda, ale wyobraźcie sobie, że można mieć jeszcze większą radochę.
Pół szklanki pomysłu,
szczypta czasu,
kilka kropel drutu,
zamieszać to wszystko szczypcami i przepis na kołnierzyk gotowy.
Warto tylko uważać, żeby po spotkaniu z drutem i szczypcami nie musieć się kontaktować z lekarzem lub farmaceutą... No, ale wypadki przy pracy się zdarzają (swoją drogą, widzieliście już http://www.youtube.com/watch?v=LdVuSvZOqXM&feature=player_embedded ?).
Nie ukrywam-mam lekko podrapane dłonie, ale przyznam szczerze, że efekt zadośćuczynił mi te drobne niedogodności z nawiązką. No dobrze, już dobrze... przyznaję-początkowo mając kompletnie obolałe palce po wire-wrappingowym maratonie mówiłam zupełnie inaczej, ale "czas goi rany" i to w tym przypadku niemal dosłownie;).
Ale ja tak piszę i piszę, a przecież nie to jest najważniejsze. Dlatego poniżej dokumentacja zdjęciowa i... powstała w drucianym szale maska nr 4 (tak prawdę mówiąc, to jeszcze powstał nr 5 tyle tylko, że cierpliwie czeka na "postawienie kropki nad i"...no, ale po prostu nie mogłam się powstrzymać;) )



Nie: "musisz to mieć", ale: "musisz to zrobić!".
Okej, rozumiem, że zakupy przynoszą niektórym radość i, że wyjście ze sklepu z jakimś uroczym cackiem to nie lada frajda, ale wyobraźcie sobie, że można mieć jeszcze większą radochę.
Pół szklanki pomysłu,
szczypta czasu,
kilka kropel drutu,
zamieszać to wszystko szczypcami i przepis na kołnierzyk gotowy.
Warto tylko uważać, żeby po spotkaniu z drutem i szczypcami nie musieć się kontaktować z lekarzem lub farmaceutą... No, ale wypadki przy pracy się zdarzają (swoją drogą, widzieliście już http://www.youtube.com/watch?v=LdVuSvZOqXM&feature=player_embedded ?).
Nie ukrywam-mam lekko podrapane dłonie, ale przyznam szczerze, że efekt zadośćuczynił mi te drobne niedogodności z nawiązką. No dobrze, już dobrze... przyznaję-początkowo mając kompletnie obolałe palce po wire-wrappingowym maratonie mówiłam zupełnie inaczej, ale "czas goi rany" i to w tym przypadku niemal dosłownie;).
Ale ja tak piszę i piszę, a przecież nie to jest najważniejsze. Dlatego poniżej dokumentacja zdjęciowa i... powstała w drucianym szale maska nr 4 (tak prawdę mówiąc, to jeszcze powstał nr 5 tyle tylko, że cierpliwie czeka na "postawienie kropki nad i"...no, ale po prostu nie mogłam się powstrzymać;) )


Etykiety:
Akcesoria,
Bal,
bal maskowy,
Biżuteria,
By olśniewać,
Hand made,
Handmade,
Kolia,
Kołnierzyk,
Maska,
Maski,
Naszyjnik,
Przebranie,
Reliefy,
Ręcznie malowane,
Ręcznie robione,
Sesja fotograficzna,
Wire Wrapping
Ostatki!
Zgoda... nie mieliśmy w tym roku zbyt dużo czasu, by móc nacieszyć się karnawałem, ale na dziś mamy dwie możliwości:
1. skorzystać z ostatniego karnawałowego wieczoru,
2. powspominać ostatnie kilka tygodni.
Ja wybieram opcję numer 2 i na tapetę przywołuję temat bali maskowych. Wprawdzie w żadnym z nich nie uczestniczyłam osobiście, aaaale... zdaje się, że jakaś malutka cząstka mnie, mimo wszystko, brylowała na parkietach.
"Nie możliwe? A jednak ;)"
Podobno niemożliwe rzeczy załatwia się od ręki, a na cuda każe się czekać jeden dzień. Ja nie robiłam wprawdzie nic niemożliwego, a do dokonania cudu też mi daleko, ale owe "cudo" zauważyłam pewnego wieczoru na zdjęciu. Piękna, czarna, precyzyjna i do granic możliwości czarująca maska wenecka wykonana techniką wire-wrapping. Zakochałam się! Niestety ta miłość okazała się trudna, gdy po 15 minutach hipnotycznego wpatrywania się w zdjęcie, zobaczyłam jedynie resztki materiałów potrzebnych do zrobienia czegoś choć odrobinę przypominającego to cacko. Ogłosiłam stan klęski rękodzielniczej! Z 10 centymetrów drutu jubilerskiego wprawdzie da się coś ukręcić, ale nie oszukujmy się-niewiele... A jeśli chciałabym zrobić maskę, to zadowoliłaby się nią jedynie lalka Barbie. Nic to! Z każdego kryzysu jest jakieś wyjście. Mogłam przeczekać do rana.
Nie! Naiwny ten, kto wierzy, że wytrzymałabym tyle czasu. Szybkie obeznanie z zegarkiem i jeeeest! Empik zamykają dopiero za kwadrans. Szybka mobilizacja (tak właściwie siebie mobilizować nie musiałam nic, a nic, jedynie moja Przyjaciółka, która miała mnie tak dowieź niemal na sygnale, nie podzielała mojego entuzjazmu) i zakup dokonany! Opisu reszty zmagań pozwolę sobie odpuścić, ale mniej więcej w połowie wykręcania, owijania, zawijania i tym podobnym, entuzjazm udzielił się nawet Pauli(wyżej wspomniane pogotowie kryzysowe), bo zdała sobie sprawę, że jako świetny fotograf (okej, przyznaje się, ten epitet to moja sprawka, Ona raczej stara się być skromna) będzie mogła wykorzystać maski do sesji. Tak też się stało, a efekty znajdują się tutaj i tutaj.
Ale, ale, ja się tak rozgadałam, a nie wyjaśniłam w jaki sposób cząstkowo uznaję swoje uczestnictwo w balach maskowych. To proste, kiedy drucik wraz z całą rękodzielniczą załogą spełnił już swoje zadanie pochłaniając mnie na kilkanaście godzin i dając mi przy tym wiele frajdy, a potem, w gotowej wersji pomógł Pauli przy zdjęciach, nastąpił moment odcięcia od pępowiny i rozstania się z maskami. Mnie pozostały już tylko wspomnienia i parę zdjęć na pamiątkę :)
Chociaż czy aby na pewno tylko wspomnienia? Nie do końca, bo zostałam niedawno poproszona o zrobienie trzeciej maskowej siostry, tak więc: do dzieła! ;)
1. skorzystać z ostatniego karnawałowego wieczoru,
2. powspominać ostatnie kilka tygodni.
Ja wybieram opcję numer 2 i na tapetę przywołuję temat bali maskowych. Wprawdzie w żadnym z nich nie uczestniczyłam osobiście, aaaale... zdaje się, że jakaś malutka cząstka mnie, mimo wszystko, brylowała na parkietach.
"Nie możliwe? A jednak ;)"
Podobno niemożliwe rzeczy załatwia się od ręki, a na cuda każe się czekać jeden dzień. Ja nie robiłam wprawdzie nic niemożliwego, a do dokonania cudu też mi daleko, ale owe "cudo" zauważyłam pewnego wieczoru na zdjęciu. Piękna, czarna, precyzyjna i do granic możliwości czarująca maska wenecka wykonana techniką wire-wrapping. Zakochałam się! Niestety ta miłość okazała się trudna, gdy po 15 minutach hipnotycznego wpatrywania się w zdjęcie, zobaczyłam jedynie resztki materiałów potrzebnych do zrobienia czegoś choć odrobinę przypominającego to cacko. Ogłosiłam stan klęski rękodzielniczej! Z 10 centymetrów drutu jubilerskiego wprawdzie da się coś ukręcić, ale nie oszukujmy się-niewiele... A jeśli chciałabym zrobić maskę, to zadowoliłaby się nią jedynie lalka Barbie. Nic to! Z każdego kryzysu jest jakieś wyjście. Mogłam przeczekać do rana.
Nie! Naiwny ten, kto wierzy, że wytrzymałabym tyle czasu. Szybkie obeznanie z zegarkiem i jeeeest! Empik zamykają dopiero za kwadrans. Szybka mobilizacja (tak właściwie siebie mobilizować nie musiałam nic, a nic, jedynie moja Przyjaciółka, która miała mnie tak dowieź niemal na sygnale, nie podzielała mojego entuzjazmu) i zakup dokonany! Opisu reszty zmagań pozwolę sobie odpuścić, ale mniej więcej w połowie wykręcania, owijania, zawijania i tym podobnym, entuzjazm udzielił się nawet Pauli(wyżej wspomniane pogotowie kryzysowe), bo zdała sobie sprawę, że jako świetny fotograf (okej, przyznaje się, ten epitet to moja sprawka, Ona raczej stara się być skromna) będzie mogła wykorzystać maski do sesji. Tak też się stało, a efekty znajdują się tutaj i tutaj.
Ale, ale, ja się tak rozgadałam, a nie wyjaśniłam w jaki sposób cząstkowo uznaję swoje uczestnictwo w balach maskowych. To proste, kiedy drucik wraz z całą rękodzielniczą załogą spełnił już swoje zadanie pochłaniając mnie na kilkanaście godzin i dając mi przy tym wiele frajdy, a potem, w gotowej wersji pomógł Pauli przy zdjęciach, nastąpił moment odcięcia od pępowiny i rozstania się z maskami. Mnie pozostały już tylko wspomnienia i parę zdjęć na pamiątkę :)
Chociaż czy aby na pewno tylko wspomnienia? Nie do końca, bo zostałam niedawno poproszona o zrobienie trzeciej maskowej siostry, tak więc: do dzieła! ;)
Etykiety:
Akcesoria,
Bal,
bal maskowy,
Biżuteria,
By olśniewać,
Hand made,
Handmade,
Karnawał,
Koronkowe,
Maska,
Maski,
Przebranie,
Reliefy,
Ręcznie robione,
Sesja fotograficzna,
Wire Wrapping
Subskrybuj:
Posty (Atom)






